Dziś przeprowadzimy wywiad z Józefem Sánchez del Río, młodym meksykańskim męczennikiem, który w wieku 14 lat wykrzyknął ostatni raz „Niech żyje Chrystus Król!” i umierając, nakreślił własną krwią na ziemi znak krzyża.


Opowiedz nam o tym, co pamiętasz ze swojego dzieciństwa?

Organizowałem różne zajęcia dla innych dzieci, które wręcz do mnie lgnęły, żeby mogły lepiej poznać mojego najlepszego Przyjaciela – Pana Jezusa. Często zabierałem ich przed Najświętszy Sakrament i opowiadałem o Panu Bogu. Podobno przez mój wpływ dwóch chłopców zostało później kapłanami i założyło zakony. Bardzo lubiłem też jeździć konno. Jak się później okazało, była to bardzo przydatna umiejętność, kiedy dołączyłem do Cristeros.

Czym jest Cristeros?

Cristeros była to nieformalna armia, którą założono, by ocalić religię w naszym kraju. W tamtych czasach zamykano kościoły, a księży traktowana jak najgorszych przestępców. Ale znaleźli się ludzie, którzy, mimo że byli słabo uzbrojeni i niewykwalifikowani, nie mogli tego zaakceptować i postanowili z tym walczyć. Celem tej krucjaty była obrona Chrystusa i doprowadzenie do tego, by znów otwarto kościoły. Naszym zawołaniem było: „Viva Cristo Rey!” – „Niech żyje Chrystus Król!”.

Jak doszło do tego, że do nich dołączyłeś?

Gdy miałem czternaście lat odwiedziłem grób jednego z przywódców  – bł. Anacleto Gonzáles Flores, który zginął męczeńską śmiercią właśnie za to, że należał do Cristeros. Tam, poruszony jego przykładem, poprosiłem Boga o to, żebym mógł zostać oddanym mu katolikiem – nawet jeśli miałoby to oznaczać śmierć. Latem 1927 roku zdałem sobie sprawę, że nie mogę bezczynnie siedzieć w domu i postanowiłem przyłączyć się do armii.

Rodzice nie mieli nic przeciwko temu? Miałeś przecież dopiero czternaście lat.

Początkowo bardzo się obawiali tego, że coś mi się stanie, jednak z czasem pokonali swoje obawy. Zdaję sobie sprawę, że poświęcili wszystko co mieli – wszyscy ich trzej synowie byli Cristeros.

I jak było potem? Odnalazłeś jakiś oddział?

Udałem się w stronę wzgórz niedaleko Sahuyo, mojej rodzinnej miejscowości, gdzie walczyli bracia. Tam jednak mnie nie chcieli przyjąć, bo byłem za młody. Ale razem z moim przyjacielem udałem się w poszukiwania dowódcy, by ten przyjął mnie do służby. I udało się – generał Guizar Morfin przyjął nas do oddziału. Nosiłem tam sztandar i byłem osobistym pomocnikiem generała. Brałem też udział w bezpośrednich walkach.

Jak doszło do wydarzeń z 10 lutego 1927, kiedy to zginąłeś tragiczną śmiercią?

Podczas jednej z walk porwali mnie żołnierze federalni. Zamknęli mnie w więzieniu, które było w kościele, w Sahuyo. Bili mnie tam, bym powiedział, że nie wierze w Chrystusa, ale nie zrobiłem tego. Kiedy dowiedziałem się, że skazali mnie na śmierć, napisałem list do cioci, by pożegnała ode mnie resztę mych bliskich. Miałem zginąć po kryjomu, ale na mojej egzekucji pojawili się moi najbliżsi, by mnie wspierać. Żołnierze zdarli mi skórę ze stóp i kazali mi przejść, z rękoma związanymi na plecach, na cmentarz oddalony o ponad kilometr. Gdy tam dotarliśmy kazali mi wykopać swój grób, a potem parę razy zanurzyli mnie w studni, ale ze względu na to, że nie wypierałem się Jezusa, postanowili mnie już zabić. Dźgali mnie nożami, bili i kopali. Ostatkiem sił powiedziałem „Niech żyje Chrystus Król i Matka Boża z Guadalupe” i wtedy strzelili mi w skroń.

Nie dziwi mnie w takim razie, że w 2005 roku zostałeś beatyfikowany, skoro całym swoim życiem pokazywałeś, że warto iść za Jezusem. Dziękuję za rozmowę, viva Cristo Rey!