Dochodzą mnie ostatnio słuchy, że zajmujemy się nie tym, co przewiduje statut. „Przecież w statucie nie ma mowy o tym, że KSM-owicze powinni organizować Marsz dla Życia!” Chciałbym się odnieść do tych głosów i opowiedzieć, dlaczego Zarząd podjął decyzję o włączeniu się w przygotowania Marszu.


Dla zainteresowanych w równoległym artykule na tapetę biorę ŚDM

Przejdź do artykułu


Rozpatrując zadanie, którego się podejmujemy, bierzemy pod uwagę zawsze dwa aspekty:

Czy to jest zgodne z naszym celem?
Jakie korzyści mogą płynąć z podjęcia się tego zadania?

Cel KSM-u jest nam dobrze znany, bo wszyscy pamiętamy słynny paragraf trzynasty. Kształtowanie dojrzałych chrześcijan oraz aktywne uczestnictwo we wspólnocie i misji Kościoła.

Z moją odpowiedzią można się oczywiście nie zgodzić. Przedstawiam jednak stanowisko Zarządu, bo chciałbym, aby wszyscy wiedzieli, dlaczego podjęliśmy się tego zadania.

Na początek przyda się jeszcze wyjaśnienie, jakie zadania KSM realizuje w temacie Marszu dla Życia:

  • Podjęliśmy się koordynacji całego wydarzenia. To KSM, poprzez ręce Marzeny, czuwa nad organizacją Marszu w naszym mieście. Nie oznacza to jednak, że zajmujemy się wszystkim.
  • Naszym zadaniem jest organizacja pracy komitetu składającego się z kilku stowarzyszeń, fundacji i ruchów oraz wykonanie pewnej części zadań przypadających nam z samej przynależności do komitetu (każdy ma swoją działkę).

Czy Marsz dla Życia jest zgodny z naszym statutem? Uważam, że tak. Dlaczego? W dzisiejszych czasach jesteśmy świadkami i uczestnikami walki pomiędzy cywilizacją miłości i cywilizacją śmierci. Myślę, że nie muszę tych pojęć tłumaczyć. Często mówił o nich św. Jan Paweł II. Powiedzmy sobie szczerze, że cywilizacja miłości w tej walce opiera się w ogromnej mierze na sile Kościoła. To Kościół walczy dziś o życie, o obronę ludzi od poczęcia do naturalnej śmierci. Czy zatem udział KSM-u w tej walce nie jest obowiązkowy? Powinniśmy przecież aktywnie uczestniczyć w życiu i misji Kościoła. Czy Marsz dla Życia nie jest apostolstwem? Nie jest wielkim świadectwem miłości wobec każdego człowieka?

Spójrzmy również na korzyści. Pierwsza z nich to oczywiście możliwość włączenia się w działalność pro-life. Możliwość obrony tych, którzy sami nie mogą się bronić. Możliwość zdobycia dodatkowej wiedzy i doświadczenia w temacie obrony życia. Możliwość rozwoju świadomości własnej i swojego otoczenia.

Druga korzyść, podobnie jak w przypadku ŚDM, to ogromna szansa dla naszych członków. Dla tych, którzy mają już w swoim CV organizacje rekolekcji, turniejów, czy szkoleń, Marsz dla Życia jest idealnym miejscem do dalszego rozwoju. Wyzwania wynikające z przynależności do komitetu to świetne miejsce dla naszych liderów, którym potrzeba naprawdę ambitnych zadań, by nie stali w miejscu. W ten sposób właśnie kształtujemy dojrzałych chrześcijan.

Po trzecie, i ostatnie, pozwolę sobie przypomnieć jeden z artykułów, który pisałem już jakiś czas temu na łamach Servitusa: Elita (przejdź do artykułu →). Marsz dla Życia jest idealnym przykładem tego, że już dziś jesteśmy w stanie znacząco wpływać na to, co dzieje się w naszej diecezji. A przecież tego właśnie, moim zdaniem, chcemy. Po to się kształcimy i rozwijamy, by następnie wykorzystywać to w słusznej sprawie.

Czasem zastanawiam się, dlaczego Marsz dla Życia spotyka się z niechęcią wśród, na szczęście nielicznej grupy, naszych członków. Być może każdy ma jakiś inny powód, ale do głowy przyszedł mi jeden, który dla wielu z nich może być niewidoczny. W pewnym sensie podprogowy. Czy nie jest czasem tak, że obrona życia poczętego jest tak kontrowersyjnym tematem w świecie, że boimy się albo wstydzimy się go podjąć? Nie chcę nikogo oceniać, bo nie to jest moim celem. Mogę jedynie podzielić się świadectwem, że sam początkowo właśnie w taki sposób patrzyłem na działania pro-life. Dużo czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że problemem, który siedzi gdzieś w środku mnie, jest strach przed bardzo burzliwym tematem. Strach przed tym, że będę musiał jasno postawić się po stronie życia. Również przed kolegami ze szkoły, studiów, czy pracy. W końcu doszedłem do tego, że chyba tak właśnie miało być, że błogosławieni ci, którzy na tym świecie za dobrze nie mają.