Młodzi chłopcy więzieni podczas drugiej wojny światowej – każdy z nich został stracony. Wcześniej byli wychowankami oratorium salezjańskiego. Oczywiście mowa o Czesławie Jóźwiaku, Edwardzie Kaźmierskim, Jarogniewie Wojciechowskim, Edwardzie Kliniku i Franciszku Kęsym – błogosławionej Poznańskiej Piątce. Dziś porozmawiamy z Czesławem, który opowie nam o przygodach swojej paczki przyjaciół.

Co robiliście będąc w oratorium?

Po prostu spędzaliśmy tam każdą wolną chwilę. Często graliśmy w piłkę nożną, śpiewaliśmy w chórze i występowaliśmy w przedstawieniach. Ale zawsze towarzyszyła nam modlitwa. Właśnie tam bardzo często służyliśmy przy ołtarzu.

Więc to był wasz drugi dom?

Jak najbardziej! Eda nawet zapisał w swoim pamiętniku, że już sam nie wie gdzie spędza więcej czasu – w domu rodzinnym czy w oratorium.

Czym zajmowaliście się podczas wojny?

Wszyscy staraliśmy się dołączyć do wojska, by bronić Ojczyzny, ale tylko mi się to udało, więc walczyłem w kampanii wrześniowej. Myślę, że to dlatego, że jako jedyny byłem wcześniej harcerzem. Później gdy dołączyłem do konspiracji – do Narodowej Organizacji Bojowej, dostałem zadanie, by stworzyć swój własny oddział. Tak więc zaprzysiągłem czwórkę moich najbardziej zaufanych przyjaciół z oratorium.

Jakie zadania miała wasza piątka?

Mieliśmy za zadanie spisywać Volsksdeutschów, robić szkice obiektów wojskowych, gromadzić środki opatrunkowe, a także kolportować “Polskę Narodową” – podziemną gazetkę Narodowej Organizacji Bojowej.

Jak więc doszło do waszego aresztowania?

Aresztowano nas w wrześniu 1940 roku. Zarzucano nam przygotowywanie się do zdrady stanu. Zabrali nas do siedziby gestapo i tam nas torturowali. Później przenieśli nas do Fortu VII w Poznaniu, gdzie z każdą chwilą traciliśmy nadzieję na przeżycie. Jedynym, co utrzymywało nas przy zdrowych zmysłach, była wspólna modlitwa i cicho nucone pieśni i różaniec.

Byliście potem jeszcze w innych więzieniach?

Tak, po czterech tygodniach przeniesiono nas na Młyńską, później do Wronek. Potem trafiliśmy nawet do Berlina.

Czym był dla was czas spędzony w tych miejscach?

Na pewno był to czas, w którym musieliśmy bardzo szybko dorosnąć i spoważnieć. Ale również był to czas, w którym bardzo się do siebie zbliżyliśmy. A co najważniejsze – zbliżyliśmy się do Boga.

Jak w tak ciężkich warunkach udało wam się do Niego zbliżyć?

Nie chcąc stracić zdrowych zmysłów, codziennie modliliśmy się, nawet gdy byliśmy w oddzielnych celach i nie mogliśmy tego robić wspólnie. Można powiedzieć, że, szczególnie w Wronkach, były to dla nas swego rodzaju rekolekcje.

Rekolekcje?

Tak! Właśnie tam mieliśmy jednoosobowe cele i dzięki temu każdy z nas mógł zmierzyć się sam z sobą. Dużo myśleliśmy o swoich niedoskonałościach i o tym jak sobie z nimi poradzić, o relacjach z najbliższymi i Bogiem.

Co robiliście w swoich ostatnich chwilach? Baliście się?

Jedyne co robiliśmy to pisaliśmy listy do najbliższych. Prosiliśmy w nich o wybaczenie, jeśli coś złego im uczyniliśmy. Ale nie, nie baliśmy się śmierci. Można nawet powiedzieć, że się na nią cieszyliśmy, bo wiedzieliśmy, że czeka na nas dobry Bóg i że gdybyśmy mieli nie umierać wtedy to moglibyśmy już nigdy nie być tak gotowi na spotkanie z Nim, jak w tym momencie. I tak ponieśliśmy śmierć w sierpniu 1942 roku o 8:30 spoglądając na oblacki krzyż, który wysoko trzymał zakonnik, by Jezus był ostatnim, ja którego będziemy patrzeć.

Niesamowite! Wasza historia na pewno pomoże naszym czytelnikom spojrzeć na życie z innej strony. Dziękuję za rozmowę.