Jakiś czas temu miałam okazję wyjechać na kilka miesięcy za granicę. Było naprawdę super. Mnóstwo nowych osób dookoła z różnych krajów, nowe doświadczenia, nowa wiedza, codziennie nowy, atrakcyjny event – high life – żyć, nie umierać…

Mimo tych wszystkich przyjemności i tego, że  każdego dnia miałam okazję poznać kogoś nowego, porozmawiać z wieloma osobami, spędzić z nimi dużo czasu, to i tak czułam się samotna. Brakowało rodziny, przyjaciół, ludzi, z którymi nie musisz rozmawiać non stop, aby czuć, że są. Mi takiego poczucia bliskości zabrakło. Mimo tego, że sam program wyjazdu był naprawdę ciekawy i wartościowy to po jakiś 3 tygodniach czas zaczynał się dłużyć. Zaczynałam tęsknić za wszystkim, co mam tutaj w Poznaniu, nawet jeśli nie jest to ani łatwiejsze, ani tak interesujące jak tam było.

Nigdy nie sądziłam, że doświadczę samotności. Muszę stwierdzić, że to niełatwe uczucie. Miałam jednak takie szczęście, że właśnie w tym trudzie pojawił się ktoś, kto dawał mi dużo radości i wytchnienia… Tak, to On – Jezus :) Modlitwa była dla mnie czasem spokoju, kiedy mogłam Mu powierzyć wszystkie moje sprawy, trudności, tęsknotę, również wszystko to, co zostawiłam w domu. Dzięki temu doświadczeniu zaczęłam się modlić na różańcu, częściej sięgać po Pismo Święte. Mój trud, jakim był brak najbliższych obok, spowodował, że doświadczyłam miłości Jezusa, tego, że jest z nami zawsze i że możemy się do Niego zwrócić, i czuć, że ktoś jest blisko nas.

Nie trzeba jechać setki lub tysięcy kilometrów, aby odnaleźć bliskość z Bogiem. Chyba trzeba po prostu chcieć tej bliskości i otworzyć się na Jego obecność. Chwała Panu!