Dla wielu katolików i jeszcze większej liczby osób niezwiązanych z Kościołem to pytanie często pozostaje bez odpowiedzi. I jedni, i drudzy nie rozumieją motywów, które kierują hierarchami ciskającymi gromy z ambony w stronę młodych, chcących wejść w związek małżeński.


Odpowiedź jest prosta, choć może wydawać się bezsensowna: bo tak. Dlaczego tak, a nie inaczej? Dla nas, katolików, wyjaśnienie jest proste – bo mówi tak Bóg, Pismo Święte i Kościół. A – jak to określił św. Ignacy Loyola – „trzeba być zawsze gotowym wierzyć, że to, co ja widzę jako białe, jest czarne, jeśli tak to określił Kościół hierarchiczny” (Ćwiczenia duchowne 365).

Z tym erotyzmem to do lasu

Właściwie, rozwijając temat, sam zaprzeczę jednemu ze swoich kolejnych wniosków. Tezy:  należy zaczekać z seksem do ślubu oraz nie trzeba czekać z seksem do ślubu niepoparte argumentami lub poparte nieprzekonującymi albo równie przekonującymi argumentami byłyby dla wybierającej osoby równoważne, więc to do niej należałby równorzędny wybór. Co w takim razie przekonywałoby nas do wyboru jednej z opcji? Chyba tylko niechęć do ograniczania się i własne widzimisię (kwestię seksu jako dowodu miłości pomijam, bo w dowód miłości można dać kwiatka i z głowy). Chociaż, jakby tak pomyśleć, niejeden człowiek już cierpiał przez niechęć do ograniczania się i własne widzimisię – wie to każde dziecko, które zjadło cukierki przed obiadem.

Wracając do naszego nadrzędnego argumentu bo tak, warto zauważyć jeszcze jedną rzecz. Gdyby seks po ślubie był finansowany przez jakieś dziwne lobby albo był obowiązującą modą, nikt by pewnie nie wpadł na pomysł, że mogłoby być inaczej – Kościół byłby zadowolony z takiego stanu rzeczy, a opozycyjne środowiska nie wytrzymałyby wystarczająco długo przy swoich poglądach.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno. W dzisiejszych czasach (okres dzisiejszych czasów w praktyce obejmuje zazwyczaj cały czas z wyłączeniem za moich czasów) mówi się, że problemem jest erotyzacja. Tak rozumiane pojęcie dzisiejszych czasów jest tu kluczowe, gdyż ciekawe nastawienie do tego tematu spotkać można było i w oświeconym oświeceniu i bogobojnym średniowieczu – co bynajmniej nie świadczy, że takie podejście jest dobre. Jakkolwiek, wracając do tematu, w wyniku tej kultury erotycznej, w której seks widzi się jako jeden z wielu produktów, do głosu dochodzi egoizm, który prowadzi do deprecjacji drugiego człowieka (jego godności), a często również do ograniczenia jego wolności w wyniku różnych form szantażu (najczęściej emocjonalnego) i manipulacji. Widzimy więc, że to nic dobrego.

Załóżmy jednak, że rzeczywiście obydwoje (czy dziewczyna i chłopak w związku to związkowcy?) się kochają i dokonują aktu seksualnego, bo jest fajny, bez celu zrodzenia potomstwa. Argumentacja typu bo jest fajny zawiera w sobie już pewną dozę egoizmu, chociaż z pozoru nie szkodzi drugiej osobie. Skoro zawiera jednak egoizm, zawiera też (co najmniej) ukrytą dawkę (która może niekontrolowanie rosnąć) deprecjacji  drugiej osoby – jest to zatem zaprzeczenie miłości do tej osoby, gdyż taki akt seksualny jest faktycznie wymierzony przeciwko niej.

Może zdarzyć się również sytuacja, w której para żyje jak małżeństwo, jednak bez związku sakramentalnego. Łatwo zauważyć, że takie warunki nie dają psychicznego stanu komfortu, co może prowadzić w efekcie do zamykania się na siebie i ostatecznie rozstania – cierpią na tym najbardziej dzieci takich rodziców. Jeśli chodzi zaś o narzeczonych, którzy mają wyznaczoną już datę ślubu, to skoro chcą przyjąć sakrament, powinni również rozumieć go jako sakrament: Kościół naucza, że za tym widzialnym znakiem płynie łaska, która sprawia, że akt seksualny w małżeństwie przynosi więcej dobra, jest wartościowszy.

Czystość? – a komu to potrzebne?

Istnieje wiele ruchów, inicjatyw i akcji, które mają na celu promowanie czystości przedmałżeńskiej. Księża (hiperbola, bo nie wszyscy) rzucają jak z rękawa statystycznymi i socjologicznymi argumentami na temat zależności rozpadu związku od przedmałżeńskiej wstrzemięźliwości lub jej braku. Wszystko, aby uświadomić młodych ludzi. Tylko komu to potrzebne? Mam wrażenie, że w Kościele (znów hiperbola, bo [chyba] nie w całym) wszystko, co dobre i normalne, musi wreszcie stać się karykaturą samego siebie. W rzeczywistości, pomimo iż coś jest dobre, zaczyna odpychać. Ze spraw oczywistych i normalnych robi się coś specjalnego, co zgodnie ze swoją definicją staje się osobliwe, wręcz elitarne. Szkoda.

Nie neguję tu wielu zasług wyżej wymienionych i doceniam ich wkład – przykładowo, modlitwa o czystość jest czymś cennym, a wręcz pożądanym. Zresztą, niekonsekwentnie sam rozwinąłem argumentację dla zjawiska normalnego, choć uważam, że bez sensu udowadniać, że niebo jest niebieskie. Jeśli ktoś widzi kolor nieba, żaden argument nie wpłynie na jego zdanie (chyba że głos Kościoła hierarchicznego – wtrącił Ignacy), natomiast, jeśli ktoś twierdzi, że jest zielone, bo tak mu wygodniej albo tak chce, wtedy logiczna argumentacja też na nic się nie zda.

Tak naprawdę wszystkie przesłanki w tym temacie opierają się na sformułowaniu bo tak – choć może czasem czystość przed ślubem jest niezrozumiała, ale jednak oczywista.