Mała Tereska, czyli święta Teresa od Dzieciątka Jezus i Świętego Oblicza była młodą karmelitanką, patronką Francji i misji katolickich, dla której świat był Bożym ogrodem. Siebie widziała w tym ogrodzie jako mały polny kwiatek, który choć niepozorny, rośnie na chwałę Bożą. Jakie było życie tej Świętej?


Tereso, pamiętasz coś ze swojego dzieciństwa?

Tak, pamiętam z tamtego okresu bardzo wiele. Jednym z pierwszych wspomnień, niestety smutnych, jest śmierć mojej mamy, Zelii. Miałam wtedy tylko 4 latka. To był bardzo wielki cios dla całej naszej rodziny, a szczególnie dla taty. To właśnie na niego spadło wychowanie mnie i czwórki moich sióstr.

Musiało być Ci bardzo ciężko wychowywać się bez mamy.

Wciąż jest mi bardzo smutno z powodu, że nie zobaczyła jak dorastam. Lecz prawie od razu po jej śmierci przyjęłam jako swoją matkę Najświętszą Maryję Pannę. Również, kiedy Celina, najbliższa mi siostra, powiedziała do naszej najstarszej siostry, Marii, że od teraz to ona będzie jej mamą, ja powiedziałam te same słowa do innej siostry – Pauliny. Więc mimo, że straciłam jedną mamę, to zyskałam dwie.

Po śmierci mamy nadal mieszkaliście w Alecon?

Nie, razem z tatą i siostrami przeprowadziliśmy się do Lisieux, gdzie przez pięć lat razem z Celiną przebywałam w internacie szkoły sióstr benedyktynek. W trakcie nauki ciężko zachorowałam i tylko dzięki Matce Bożej wróciłam do zdrowia. W tym czasie Paulina, a wkrótce po niej Maria, zdecydowała się wstąpić do karmelitanek w Lisieux, do których ja także chciałam dołączyć.

Jak to się stało, że w wieku zaledwie 15 lat, zostałaś przyjęta do zakonu?

Nie było łatwo. Swoje powołanie odczuwałam niemal od zawsze i nie chciałam zwlekać. Gdy zapukałam do drzwi klasztoru przełożona odmówiła mi, ponieważ bała się, iż nie wytrzymam trudnych i surowych warunków Karmelu. Nie dałam za wygraną – poszliśmy wraz z tatą do miejscowego biskupa, by ten zezwolił mi na wstąpienie do klasztoru. On zaś odmówił, zasłaniając się tym, że nie można wstępować do zakonu w tak młodym wieku. Ze względu na to, że nawet biskup mi odmówił, udałam się razem z tatą do Rzymu, by pozwolenie uzyskać od samego papieża Leona XIII, lecz i ten się nie zgodził. Widząc mój upór, biskup w końcu zmienił zdanie i po około roku zostałam przyjęta do nowicjatu.

Jak wyobrażałaś sobie życie zakonne? Było w nim coś niespodziewanego?

Ku zdziwieniu przełożonych wszelkie reguły zakonne nie były dla mnie zaskoczeniem. Styl życia karmelitanek nie był dla mnie czymś dziwnym, bo właśnie o takim życiu zawsze marzyłam. Jednak nawet gdyby okazało się inne i musiałabym z tego powodu cierpieć, zniosłabym to bez skarżenia się. Przecież nie wstąpiłam tam, żeby spełniać swoje zachcianki, ale po to, by zbawiać dusze i modlić się za kapłanów. Każde cierpienie, chorobę czy niewygodę ofiarowałam Jezusowi właśnie za nich.

Będąc w zakonie pełniłaś jakieś szczególne funkcje?

Można powiedzieć, że tak. Zaledwie trzy lata po złożeniu przeze mnie ślubów przełożona wyznaczyła mnie na mistrzynię nowicjuszek, co oznaczało, że odpowiadałam za ich przygotowanie do życia zakonnego. Nie sprawowałam tej funkcji długo – okazało się, że jestem bardzo chora na gruźlicę. Ale i wtedy nie zaniechałam spełniania swoich obowiązków, by spędzać czas leżąc w łóżku – przez długi czas pełniłam wciąż funkcję mistrzyni nowicjatu, zakrystianki, a także opiekowałam się jedną ze starszych sióstr.

Jak to możliwe, że żyjąc cały czas w jednym miejscu, za klauzurą, zostałaś ogłoszona patronką misji?

Uczynił to papież Pius XI w 1927 r. Musiał zapewne wiedzieć o moim wielkim pragnieniu przeniesienia się do nowego klasztoru karmelitańskiego, który miał zostać utworzony w Hanoi w Wietnamie. Zgłosiłam się jako jedna z pierwszych ochotniczek. Niestety – dzieło to nie powstało za mojego życia.

Twoje życie było bardzo proste. Może się wydawać, że jesteś zupełnie inną świętą niż cała reszta.

Tak, to prawda. Nie dokonywałam w swoim życiu wielkich rzeczy. Starałam się po prostu zbliżyć do Jezusa jak małe dziecko i w pełni Mu zaufać. Chciałam być jak najbliżej Niego bez względu na to, jakie było by moje znaczenie. Ofiarowałam się Dzieciątku Jezus jako Jego mała zabawka i prosiłam Go aby się mną bawił nie jak drogocenną zabawką, ale jak nic nie warta piłeczką, którą mógłby rzucić na ziemię, kopnąć nogą, przekłuć, pozostawić w kącie, lub też przytulić mocno do serca, jeśliby Mu to sprawiało przyjemność. Jednym słowem chciałam zabawiać małego Jezuska, sprawiać mu radość, oddać się Jego dziecinnym kaprysom. I wysłuchał On mojej prośby.