Dziś porozmawiamy z Matką Teresą z Kalkuty – założycielką Zgromadzenia Misjonarek Miłości i patronką m.in. wolontariuszy.


Matko Tereso, jak wyglądało Twoje dzieciństwo, czy wychowywałaś się w katolickiej rodzinie?

Tak, miałam to szczęście. Rodzina zawsze była dla mnie wsparciem, zwłaszcza mama. Tata zmarł wskutek poważnej choroby kiedy miałam zaledwie 9 lat. Byłam najmłodsza z rodzeństwa, ale obowiązki mieliśmy takie same. Wykonywaliśmy wszystko, o co prosiła nas mama, a przede wszystkim pomagaliśmy biednym. W naszym domu zawsze było miejsce dla uboższych lub chorych ludzi.

Mama była więc dla Ciebie przykładem?

Tak, to od niej nauczyłam się, aby wszystkie dobre rzeczy, które czynię, robić bez rozgłosu. Ona wcielała tę zasadę w życie, odwiedzając opuszczoną przez rodzinę staruszkę, zanosząc jej jedzenie, sprzątając dom, piorąc, karmiąc…

Podobno później często brałaś z niej przykład, jednak jak rozpoczęło się Twoje życie zakonne?

Gdy poczułam w sobie powołanie, postanowiłam wyjechać z mojego rodzinnego Skopje do Indii. Jednak musiałam nauczyć się języka angielskiego, który był bardzo potrzebny siostrom. Nauczyłam się go w Instytucie Błogosławionej Dziewicy Maryi w Irlandii. Gdy miałam 18 lat wstąpiłam do Sióstr Misjonarek Naszej Pani z Loreto, był to rok 1928. W Zgromadzeniu tym przyjęłam imię Maria Teresa od Dzieciątka Jezus po Teresie z Lisieux, patronce misjonarzy. Wkrótce zaczęłam pracę jako nauczycielka w przyklasztornej szkole, a po przeniesieniu  w szkole w Kalkucie.

Jakie zadania otrzymała siostra po złożeniu ślubów wieczystych?

Po tym wydarzeniu, które miało miejsce 24 maja 1937 roku, wyznaczono mnie na stanowisko dyrektorki szkoły dla Bengalek oraz jako przełożoną kilku loretanek i grupy córek świętej Anny.

Czyli miała siostra, kolokwialnie mówiąc, pełne ręce roboty. Czy tak samo było gdy zaczęła się wojna?

Tak jak przed jej rozpoczęciem często pomagałam biednym w slumsach Kalkuty, a w czasie jej trwania kontynuowałam tę działalność oraz pracę w szkole.

Co działo się po wojnie?

We wrześniu 1946 roku w czasie podróży na coroczne rekolekcje usłyszałam „powołanie w powołaniu”.  Miałam opuścić zakon i założyć nowe Zgromadzenie by pomagać biednym i umierającym w Kalkucie. Po dwóch latach oczekiwania na decyzję władz kościelnych udało się założyć Zgromadzenie Misjonarek Miłości.

Możemy dowiedzieć się czegoś więcej o tym nowym Zgromadzeniu?

Ależ oczywiście! Z chęcią o nas opowiem. Myślę, że nasz początek to złożenie mojego prywatnego ślubu w 1942 r., aby Bogu niczego nie odmawiać. Później natomiast zaczęłam wdrażać w życie 3 główne zasady Zgromadzenia: praca w duchu ubóstwa i radości na rzecz najbiedniejszych, specjalny ślub miłości wobec ubogich oraz prowadzenie działalności bez dużych instytucji jak szpitale (praca wśród samotnych i porzuconych). W pierwszym roku działalności było mi bardzo trudno. Nie miałam pracy, więc za źródło utrzymania musiało mi służyć żebranie o jedzenie i zaopatrzenie. Na szczęście w miarę powiększania się wspólnoty znaleźli się darczyńcy gotowi nas wspierać. W latach sześćdziesiątych w całych Indiach otwierane były hospicja, domy dziecka i domy dla trędowatych.

Dobrze, że znaleźli się ludzie chcący pomóc. A jak udało się rozszerzyć zgromadzenie na cały świat?

Całe życie podróżowałam na różne sposoby, pomagając najuboższym i najbardziej potrzebującym. Byłam między innymi w Etiopii, Czarnobylu, Armenii, Bejrucie, podczas jego oblężenia w 1982r., gdzie wraz z Czerwonym Krzyżem ratowałam dzieci ze szpitala na froncie, a nawet w Polsce. W Warszawie byłam wśród bezdomnych na Dworcu Wschodnim i więźniów na Służewcu.

Słyszeliśmy, że siostry dokonania nie pozostawały bez odzewu i często odznaczano Matkę orderami i wyróżnieniami.

Rzeczywiście, zdarzało się to nierzadko. Jednak nagrody cieszyły mnie najbardziej wtedy, gdy mogłam dzięki nim bardziej pomóc ubogim. W 1979 roku otrzymałam Pokojową Nagrodę Nobla „za walkę z biedą i cierpieniem, co również stanowi zagrożenie dla pokoju”. Odmówiłam jednak udziału w uroczystym bankiecie na cześć laureatów i poprosiłam, żeby suma 192000 dolarów została ofiarowana biednym w Indiach. Gdy odbierałam tę nagrodę, zapytano mnie, co można uczynić na rzecz pokoju na świecie, a ja odpowiedziałam: „Idźcie do domu i kochajcie swoje rodziny”. Mam nadzieję, że ludzie zauważyli dzięki mnie  ważność rodziny w tworzeniu pokoju.

Czy mogłaby siostra przybliżyć nam termin „nocy duchowej” w swoim życiu?

To dla mnie bardzo trudny temat, ale postaram się coś opowiedzieć. O swoich wątpliwościach w wierze pisałam głownie w listach, nie chciałam żeby były one opublikowane, ale później tak się stało. Często miałam wahania w moim życiu duchowym. Raz przychodziły ożywienia, a później przez bardzo długi czas w ogóle nie czułam obecności Boga. Cierpiałam z powodu braku wiary. Nie da się tego opisać słowami. Przepaść między brakiem odczucia Jego obecności a moją tęsknotą za Nim stała się otchłanią piekłem. Prosiłam księdza o modlitwę, by Bóg zechciał zabrać z mojej duszy ciemność chociaż na kilka dni. Ja sama byłam w stanie tylko powtarzać słowa – Jezu, ufam Tobie. Czasem zdawało mi się, że rozumiem te męki piekielne, bez Boga. W Pierwszy Piątek świadomie ofiarowałam się Najświętszemu sercu, i obiecałam, że przetrwam nawet wieczność w tym straszliwym cierpieniu, jeśli to da Mu teraz trochę więcej radości – albo miłość choćby jednej duszy.

Dziękujemy za siostry zwierzenia, musiało być to bardzo trudne. Mamy jeszcze ostatnie pytanie, a właściwie prośbę o to, by opowiedziała nam siostra o ostatnich latach życia na ziemi.

Przez ostatnie kilka lat bardzo często chorowałam. Przeżyłam 3 ataki serca, później zachorowałam na malarię i niewydolność lewej komory serca. Z związku z wątłym zdrowiem dnia 13 marca 1997 roku postanowiłam ustąpić ze stanowiska przewodniczącej zgromadzenia. Odeszłam do Pana 5 września tego samego roku w Kalkucie. Podobno mówiono o mnie, że choć przeżywałam dręczące nocne ciemności duszy, przyniosłam całemu światu tak wiele światła.

Zgadzamy się z tym stwierdzeniem w zupełności i bardzo dziękujemy za rozmowę.