Patron Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, Polski, młodzieży, studentów i ministrantantów. Chociaż zmarł w wieku osiemnastu lat, przeżył więcej niż niejeden starzec. Dziś św. Stanisław, bo o nim mowa, opowie nam o swoich ziemskich przygodach i drodze do świętości.


Pamiętasz coś ze swojego dzieciństwa, przecież urodziłeś się prawie 500 lat temu?

Tak. Dokładnie rzecz biorąc w 1550 roku, w Rostkowie na Mazowszu. Przyszedłem na świat w szlacheckiej rodzinie. Miałem jeszcze pięcioro rodzeństwa: trzech braci – Pawła, Wojciecha i Mikołaja oraz dwie siostry. Niestety Wojtek i Mikołaj zmarli w dzieciństwie.

Czy coś z tamtych lat zapadło Ci szczególnie w pamięci?

Pamiętam, że zawsze byłem bardzo wrażliwy. Raczej stroniłem od przyjęć, ale od czasu do czasu musiałem się na nich pojawić. Wtedy tata nakazywał gościom umiar w żartach, abym przypadkiem nie zemdlał. Oczywiście nie wspominam tylko tych przykrych chwil, często myślę o dość religijnej atmosferze panującej w domu i o tym, że byłem kochany przez rodziców.

Chodziłeś do szkoły?

Do 12. roku życia uczyłem się w domu, później przez 2 lata, razem z Pawłem, uczyliśmy się u młodego profesora Jana Bilińskiego. Kolejnym etapem mojej edukacji było kolegium w Wiedniu. Początkowo miałem trudności z nauką, ale już w drugim roku udało mi się dogonic najlepszych uczniów. Myślę że było to możliwe tylko dzięki mojej pracowitości i sumienności, które w sobie wypracowałem.

Możesz powiedzieć nam coś więcej o pobycie w Wiedniu?

Oczywiście. Pamiętam, że wiele musiałem się napracować nie tylko pod kątem nauki. W wolnych chwilach czytałem lub modliłem się. Ale w ciągu dnia nie miałem wystarczająco dużo czasu, dlatego modliłem się również nocą, nadawałem też sobie pokuty, a nawet czasem biczowałem się. Taki tryb życia zaczął niepokoić brata i kolegów, a także naszego wychowawcę. Zaczęli na mnie wołać „mnich” oraz „jezuita”, ale ja im darowałem – odpowiadałem na to: Do wyższych rzeczy stworzony jestem i dla nich winienem żyć.

To dość niezwykłe.

Niezwykłe? Raczej zwyczajne, ale niezwykłe rzeczy też się działy. W zimie, gdy miałem 15 lat, zachorowałem. Mieszkaliśmy wówczas u luteranina, który wynajmował nam pokój. Byłem pewien, że umrę i chciałem przyjąć Komunię Świętą, ale właściciel domu w swej zatwardziałości nie zgadzał się na to. Kiedy byłem sam w pokoju przyszła do mnie św. Barbara – patronka dobrej śmierci – w towarzystwie dwóch aniołów i udzieliła mi Komunii. Po jakimś czasie przyszła też do mnie Maryja i położyła Dzieciątko na moich rękach. Powiedziała mi wtedy, że zostanę uzdrowiony i prosiła, bym wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Ze względu na to zdarzenie uznano mnie za patrona namaszczenia chorych.

To doprawdy niesłychane. Nie myślałeś wcześniej, żeby zostać zakonnikiem?

Pragnienie wstąpienia do zakonu pojawiło się u mnie chyba w czasie pobytu w internacie jezuickim przy gimnazjum. Nasi wychowawcy, jezuici, stanowili dla nas prawdziwy wzór. Ale nie to było najważniejsze, już wtedy bardzo kochałem Pana Jezusa, wiedziałem, że zawsze mogę na Niego liczyć. Dobrze się czułem w kościele w Jego obecności – gorliwie służyłem do Mszy św., często zdarzało mi się zostawać w kościele na adoracji.

Miałeś jakiś autorytet, kogoś, na kim się wzorowałeś?

Tak, takim wsparciem i wzorem od dzieciństwa z pewnością była dla mnie Najświętsza Maryja Panna. Często uciekałem się do Niej w trudnych momentach mojego życia. To w Niej znajdowałem oparcie.

Wspominałeś, że do wyższych rzeczy jesteś stworzony i dla nich winieneś żyć – jak realizowałeś tę zasadę w swoim życiu?

Słowa te stały się moim mottem, kiedy poczułem, że Bóg wzywa mnie do pójścia za Nim. Był tylko jeden mały problem – rodzice nie chcieli się zgodzić, żebym został zakonnikiem. Nie było na to rady. Może jeszcze, gdybym spróbował u jednego z wyższych przełożonych, ale przełożony prowincji niemieckiej, do której należało wiedeńskie kolegium przebywał w Augsburgu w Bawarii. Mogłem zrobić tylko jedno – zostawiłem bratu list i poszedłem do Bawarii. To było… 10 sierpnia 1567, o ile dobrze pamiętam.

I brat Cię nie dogonił?

Oczywiście próbował, ale po drodze zamieniłem szaty z jakimś żebrakiem. Nagle zauważyłem Pawła galopującego na koniu. Nie miałem się gdzie ukryć. Mój brat patrzył w moją twarz, pytał mnie czy nie widziałem jego uciekającego brata, ale mnie nie rozpoznał. Uznałem to za cud.

Pewnie nie było Ci lekko?

Nie powiem, że było. Przeszedłem na piechotę 650 km! Ale się udało. W Bawarii przyjął mnie na próbę przełożony prowincji niemieckiej, późniejszy święty – Piotr Kanizjusz. Stamtąd po pewnym czasie wysłano mnie z dobrymi rekomendacjami do Rzymu, gdzie na początku 1568 roku złożyłem śluby zakonne.

Czy możesz nam opowiedzieć o tym co było później?

Moja historia nie trwała już zbyt długo. W uroczystość św. Wawrzyńca – 10 sierpnia – tego samego roku napisałem list do Matki Bożej i przyjmując Komunię świętą poprosiłem św. Wawrzyńca, żeby zabrał mnie już do nieba w święto Wniebowzięcia. Jeszcze tego samego dnia poczułem się źle i z każdym kolejnym dniem mój stan się pogarszał – miałem bardzo wysoką gorączkę. Przeprosiłem wszystkich współbraci i krótko po północy odszedłem do Pana. Było to 15 sierpnia. Współbracia pokazali mi obrazek Maryi, ale ja już nie zareagowałem – oglądałem Najświętszą Maryję Pannę w niebie.

Czyli to Twój koniec „przygód” na ziemi?

Niezupełnie. Od razu po mojej śmierci spontanicznie rozprzestrzenił się mój kult. Bóg sprawił, że gdy po dwóch latach otwarto moją trumnę, moje ciało wcale nie uległo rozkładowi. W 1606 r. papież Paweł VI beatyfikował mnie i stałem się pierwszym błogosławionym Towarzystwa Jezusowego. Natomiast papież Benedykt XIV w roku 1726 włączył w poczet świętych mnie i mojego współbrata Alojzego Gonzagę.

Dziękujemy za rozmowę i za to, że dajesz wspaniały przykład tak wielkiej ilości ludzi, w tym także młodym! Mieć takiego patrona jak Ty, to prawdziwy zaszczyt!

Cała przyjemność po mojej stronie.