Rozmawiam dziś ze wspaniałą młodą dziewczyną – bł. Karoliną Kózkówną, pochodzącą z okolic Tarnowa. Przyszła na świat drugiego sierpnia 1898 roku w małej wsi Wał-Ruda. W wieku szesnastu lat oddała swoje życie broniąc czystości. Jest m.in. patronką całej młodzieży, Ruchu Czystych Serc, a także naszego Stowarzyszenia.


Karolino, mogłabyś opowiedzieć nam o tym, jak wyglądał typowy dzień w Twoim życiu?

Dzień w naszym domu zaczynał się bardzo wcześnie – latem o godz. czwartej, a zimą o piątej. Rodzice wstawali pierwsi i przy porannej krzątaninie śpiewali Godzinki. Słysząc tę melodię, budziłam się wraz z resztą rodzeństwa, a po tym wspólnie odmawialiśmy pacierz. Po nim jedliśmy śniadanie, a gdy już zjedliśmy – ja szłam do szkoły, natomiast rodzice i starsze rodzeństwo pracowali w gospodarstwie, bądź u sąsiadów. W południe odmawialiśmy Anioł Pański, po czym jedliśmy obiad. Około piątej zbieraliśmy się znów w domu na podwieczorek, którym najczęściej był chleb z mlekiem. Wieczorem spotykaliśmy się na wieczerzy, przed którą znów wspólnie modliliśmy się modlitwą Anioł Pański. Szliśmy spać około godziny 21.

A jak spędzaliście niedzielę? 

Niedziela różniła się od innych dni – wszyscy wstawaliśmy trochę później. O ósmej rodzice szli do kościoła w Radłowie, żeby śpiewać różaniec przed Mszą. Ja z rodzeństwem wychodziłam trochę później. Z Wał-Rudy do Radłowa było aż 7 km! Po obiedzie część z nas szła z powrotem do kościoła na nieszpory, a reszta zostawała w domu, by czytać Pismo Święte.

W ciągu tygodnia miałaś trochę wolnego czasu, jak go spędzałaś? Co wtedy robiłaś?

Wolny czas najchętniej spędzałam pod moją ulubioną gruszą. Opowiadałam kolegom, koleżankom i ich rodzeństwu o Panu Bogu. Przekazywałam im wszystko, co usłyszałam w kościele, co przeczytałam w Piśmie Świętym albo w pobożnych czasopismach. Przygotowywałam też dzieci do pierwszej Komunii Świętej, a czasem po prostu siedziałam wraz z innymi w „Betlejemce”.

Mogłabyś mi wyjaśnić, czym była wspomniana przez Ciebie „Betlejemka”?

„Betlejemka”,  „Jerozolimka” albo „kościółek” – tak ludzie nazywali nasz dom. Te nazwy nie są wcale dziełem przypadku. W naszym domu zawsze było wiele osób i to nie tylko dlatego, że miałam dziesiątkę rodzeństwa. Często przychodzili do nas ludzie z całej wsi, by czytać Pismo Święte, czy żywoty świętych. Odprawiali u nas różne nabożeństwa, do których ksiądz z odległej parafii nie był konieczny – w Wielkim Poście rozważaliśmy drogę krzyżową i śpiewaliśmy Gorzkie Żale, a w październiku modliliśmy się na różańcu. Natomiast w  maju śpiewaliśmy litanię do Matki Bożej.

To rzeczywiście niespotykane. A czy robiłaś coś jeszcze dla swojej wsi?

Oczywiście. Czasem wraz z wujem Franciszkiem zajmowałam się jego świetlicą i biblioteką. Razem z nim pomagałam też księdzu Władysławowi Mendrali w tworzeniu nowej parafii w Zabawie. Cieszę się, że udało się ją stworzyć, bo dzięki temu miałam prawie o połowię skróconą drogę do kościoła.

Wiem, że to może być dla Ciebie trudne, ale czy mogłabyś opowiedzieć mi o wydarzeniach z 18 listopada 1914 roku?

To była I wojna światowa. Miałam iść z mamą na nabożeństwo do św. Stanisława Kostki, ale ona się bała, że Rosjanie mogą mi zrobić krzywdę. Spotkało to już wiele innych dziewczyn w moim wieku, więc kazała mi zostać z tatą w domu. Byłam strasznie smutna, że nie mogę iść, bo był to ostatni dzień nowenny, ale usłuchałam matuli. Około godziny 9, gdy szykowaliśmy śniadanie, do drzwi zapukał żołnierz rosyjski. Zaczął krzyczeć do taty, że ma powiedzieć, gdzie są austriackie wojska. Wystraszyłam się i próbowałam się schować, ale on mnie zauważył. Rozkazał nam wtedy wyjść z domu. Zdążyłam ledwo zabrać kurtkę i ostatni raz spojrzeć na obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy, który wisiał nad moim łóżkiem.

Ostatni raz? Więc co się działo dalej?

Żołnierz prowadził nas w stronę lasu, choć z tatą próbowaliśmy skręcić w inną stronę. Powiedział, że nas zaprowadzi do kwatery oficera, żebyśmy mu powiedzieli, gdzie są Austriacy. Okropnie się bałam, bo wiedziałam, że wcale nas tam nie prowadzi. Kiedy byliśmy przy skraju lasu kazał tatusiowi wracać do domu. Tata krzyczał, żeby ten zabrał jego, a nie mnie, ale on go nie słuchał i groził, że go zabije.  Tata usłuchał go. Zaczęłam uciekać przez las w stronę leśniczówki i pól ojca, ale żołnierz mnie gonił. Biegnąc przez las, zgubiłam kurtkę i chodaki. Ostre ciernie jeżyn boleśnie poraniły mi stopy. Prześladowca dogonił mnie i uderzył kilka razy szablą, kiedy próbowałam się wyrwać. Ostatni cios zadał w szyję i wtedy mój los był już przesądzony.

To musiało być okropne. Smutne, że taki los spotkał właśnie Ciebie. Myślę że gdyby nie to wydarzenie, mogłabyś zostać wspaniałą katechetką.

Bardzo możliwe. Ale mimo wszystko jestem swego rodzaju nauczycielką. Uczę młodych z Ruchu Czystych Serc jak można kochać w czystości, a także tych z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, że warto żyć blisko Boga. Ucząc pod gruszą czułam się dumna, że mogę przybliżać innych do Boga. Teraz mogę oddziaływać na jeszcze większą liczbę ludzi. Dlatego cieszę się, że przykład mojego życia jest dla wielu inspiracją.

Dziękuję za rozmowę.