Jak gonić niedoścignione? Jak sięgać poza zakres? Jak podnosić się z upadków i iść dalej?

Podróż

Jedni wędrują przez cały świat, inni nigdy nie wychodzą z domu, ale jedna podróż łączy nas wszystkich. Jest to wędrówka przez życie.

Jak na każdym szlaku, tak i w życiu mamy do czynienia z pewnymi nieodłącznymi elementami. Są nimi cel i droga. Nic więcej nam nie trzeba, aby iść naprzód.

Cel

Pytanie o cel naszej wędrówki jest zadawane, odkąd obok Homo stanął sapiens – czyli odkąd staliśmy się ludźmi rozumnymi. Skupmy się jednak na naszej wierze. Według wiary katolickiej po śmierci czeka nas Sąd Boży, po którym zostaniemy potępieni albo zbawieni.

Cel każdy wybiera sam. Mimo chęci (czasem nawet dobrych) nikt nikogo nie zmusi do podjęcia wspólnego celu w życiu. Dokąd będę zmierzał, zależy tylko ode mnie. Co wybiorę?

fot. flickr.com/jonathankosread

fot. flickr.com/jonathankosread

Level hard? Nie, dziękuję

Pamiętam, jak parę lat temu w jednym z czasopism poświęconych grom i komputerom opublikowano statystyki dotyczące tego, jakie poziomy trudności są wybierane przez graczy. Znaczną większość stanowił najłatwiejszy poziom, część osób wybierała średni, a tylko niewielu próbowało gry na najwyższym poziomie trudności. Skąd się to bierze? Większość z nas nie lubi przegrywać – co jest w sumie naturalne. Mniejsze wymagania ułatwiają „zwycięstwo”. Pozostaje pytanie, czy każde zwycięstwo daje takie same efekty, a jeżeli nie, to jaką chcemy otrzymać nagrodę?

Kierunek Niebo

Drogę katolików powinien łączyć ten sam cel – Niebo. Pomimo że do Nieba prowadzi wiele dróg, to tym razem nie można ustawić niższego poziomu. Każda droga – czy to papieża, czy ubogiej wdowy – jest tak samo trudna. Każdy musi zaangażować się na „110%”. Myślę, że wielu z nas chciałoby dostać się do Nieba „rzutem na taśmę”. Chciałbym być zbawiony, ale muszę się pobawić za życia (bo w Niebie na pewno będzie nudno). Chciałbym być święty, ale nie można przecież z niczym przesadzać (bo radykalizm tylko odpycha i religijność jest niemodna). Znamy takie postawy z naszego życia codziennego. Tymczasem droga niebędąca w pełni oddaną Bogu, nie jest drogą do zbawienia. Jeżeli nie będziemy chcieli się całkowicie poświęcić swojemu powołaniu, zboczymy z naszej ścieżki wiodącej do Nieba.

Tak jak nie można być trochę zbawionym, tak samo nie można być trochę świętym. Celem jest Niebo, które możemy osiągnąć w pełni lub wcale. Raj jest stanem idealnym i tylko idealni możemy do niego wejść – jak to zrobić? My tak naprawdę nie jesteśmy w stanie zrobić nic, bo nasze uczynki nie są wystarczające, abyśmy kiedykolwiek mogli zasłużyć na zbawienie. Pomóc może nam jedynie Boże Miłosierdzie. Czy to oznacza, że cokolwiek byśmy nie robili Bóg nas zbawi? Na pewno nie. Posłużę się tu przykładem chemicznym. Niech Boże Miłosierdzie będzie katalizatorem, a nasze uczynki energią dostarczaną do reakcji (zbawienia). Każdy chemik wie, że do zajścia reakcji potrzebna jest energia – jeżeli reakcja zachodzi z udziałem katalizatora, to energia potrzebna do zapoczątkowania reakcji jest niższa. Nic jednak nie stanie się, gdy energia w ogóle nie zostanie dostarczona do układu. Innymi słowy – Miłosierdzie obniża nam poprzeczkę dostosowaną do naszych potrzeb, jednak Bóg niczego nie zrobi za nas (nie po to dawał nam wolną wolę).

fot. flickr.com/xslim

fot. flickr.com/xslim

Boso? Lepiej w NewBalance’ach

Dokąd zatem mamy zmierzać? Powinniśmy kierować się jak najwyżej, wyznaczać sobie jak najambitniejsze cele, dawać z siebie wszystko.

Nikt z nas nigdy nie będzie wiedział, że zrobił już wszystko, jeżeli nigdy nie popełni błędu. Wielu z nas chciałoby iść przez życie w wygodnych butach, chciałoby, by wszystko było dobrze, by żadne przeszkody i problemy nie stawały nam na drodze. By było lekko, łatwo i przyjemnie. Niestety nie zawsze tak jest, czasem trzeba iść przez życie boso, trzeba stawiać czoła problemom i wyzwaniom, jakie przed nami stają.

Podejmowanie nowych wyzwań wiąże się z ryzykiem porażki. Wolimy trwać w tym, co już do tej pory robiliśmy. Ale czy brak porażki jest równoznaczne ze zwycięstwem? Chrystus, pokonując drogę krzyżową, potykał się. Gdzie Go ta droga zaprowadziła? Do największej „porażki” – śmierci na krzyżu. Każde nasze kolejne potknięcie jest bolesne. Błędy często się kumulują, ale nigdy nie wolno nam poddać się, zatrzymać się i powiedzieć „już dość zrobiłem”. Jak mawiał św. Jan Bosko: Odpoczniemy w Niebie. To Bóg, który jest Panem czasu, wyznaczy nam kres naszej pracy tu, na Ziemi. Dopóki żyjemy, powinniśmy czynić wszystko jak najlepiej ad maiorem Dei gloriam. A na koniec może się okazać, że dzięki łasce z Nieba otrzymamy dar zmartwychwstania – tak jak Pan Jezus, po swojej „klęsce”.

Życie w pełni

Co nam pozostaje do zrobienia? Wstać, wziąć swoje łoże i iść do domu (por. Mk 2,11) oraz zacząć żyć w pełni. Starajmy się podejmować nowe wyzwania, bo, jak lubię sobie powtarzać, na naukę i poprawę nigdy nie jest za późno. Co mamy do stracenia? Jedynie marność nad marnościami. Co możemy zyskać? Niebo. Czyż to nie piękna perspektywa?

Przy okazji zapraszam wszystkich do kandydowania do DKR i Zarządu. Kto odpowiada na powołanie, zostaje obdarzony przez Ducha Świętego szczególnymi łaskami. On zawsze nas wspiera, dlatego wszelki strach że nie poradzisz sobie w nowej roli jest zbędny. Jeśli czujesz, że Zarząd Diecezjalny, czy Diecezjalna Komisja Rewizyjna to dobre miejsce dla Ciebie, zgłoś swoją kandydaturę i resztę oddaj Bogu. Zaufaj Mu! On wie, co dla Ciebie najlepsze.