Aborcja, to, jak pisałam we wcześniejszym artykule, nic innego jak zabicie człowieka. W środowisku proaborcyjnym bardzo często słychać głosy, że to pozbycie się problemu, usunięcie  płodu, nic nie znaczący zabieg porównywany z wyrwaniem zęba. O tym, że to naprawdę wielka trauma dla kobiety już pisałam. Dziś chciałabym skupić się na zjawisku nazywanym w kręgach naukowych syndromem postaborcyjnym.

Według badań opublikowanych w 1985 roku przez dr Speck­hardt na Uniwersytecie Min­nesota spośród kobiet, które przeszły aborcję:

  • 100% — doświadczało smutku, poczucia utraty;
  • 92% — przeżywało poczucie winy;
  • 85% — było zaskoczonych intensywnością smutnych przeżyć postaborcyjnych;
  • 81% — odczuwało obniżone poczucie własnej wartości;
  • 81% — miało świado­mość doz­na­nia krzywdy;
  • 81% — wciąż myśli o abor­towanym dziecku;
  • 73% — cier­pi­ało na depresję;
  • 73% — czuje się nieswojo w obec­ności niemowląt i małych dzieci;
  • 73% — odczuwa niemożność roz­maw­ia­nia o przeżytej aborcji;
  • 69% — przeżywa niechęć do współżycia seksualnego;
  • 65% — miało ten­dencje samobójcze;
  • 61% — zaczęło naduży­wać alkoholu;
  • 31% — pode­j­mowało próby samobójcze;
  • 23% — przeży­wało skra­jnie ciężkie poczu­cie winy.
fot. flickr.com/_-o-_

fot. flickr.com/_-o-_

Świadectwa

Zabicie dziecka, choć z początku wydaje się nic nie znaczącym działaniem, wyrywa niezatarte piętno na psychice matki. Poniżej przedstawiam Wam kilka świadectw na ten temat.

To było 10 lat temu. Zaszłam w ciążę. Byłam rozwiedziona i faktycznie samotna. Pierwszą moją reakcją była panika. Miałam już 4-letnią córkę, pracowałam tylko dorywczo, więc niewiele zarabiałam. Ojciec dziecka, kiedy się dowiedział, że jestem w ciąży, wycofał propozycję małżeństwa. Byłam bez środków do życia, bez ubezpieczenia i nie wiedziałam, gdzie szukać pomocy…
Kiedy zwracałam się do znajomych, każdy mi mówił coś innego: „Z czego się utrzymasz przy twoich zarobkach?”, „Przecież masz już jedno dziecko do wyżywienia”, „Z czego zapłacisz za poród i pobyt w szpitalu?”… Miałam okropny zamęt w głowie, nikt mnie nie wsparł, nie przytulił, nie zapytał, co czuję. A wystarczyłaby choć odrobina miłości czy wsparcia…
Znalazłam się w Cleveland, u znajomych, którzy zawieźli mnie do kliniki aborcyjnej. Moje serce mówiło mi wtedy, że robię źle, jednak rozsądek tłumaczył to, do czego namawiali inni.
Zostałam sama w klinice. Wzięto ode mnie 200 dolarów, poddano testowi ciążowemu i przydzielono metalową szafkę, taką jak na pływalni. Dostałam papierową jednoczęściową piżamę. Wszystko wokół było zimne, personel zachowywał się w sposób mechaniczny i formalny. Żadnego współczucia, żadnego wsparcia… Jak w jakiejś fabryce. Kazano mi czekać na wywołanie w małej poczekalni. Potem przeprowadzono mnie do innego pomieszczenia, kazano położyć się na stole i włożyć stopy w coś w rodzaju strzemion. Wszystko było tak zimne, że miałam dreszcze. Jeszcze nigdy tak się nie bałam i nie byłam taka samotna. Okazało się, że zabieg, który miał być bezbolesny, wcale taki nie był. Kiedy wyrywano ze mnie dziecko, ból stał się tak nieznośny, że z oczu popłynęły mi łzy. Kazano mi leżeć spokojnie i obiecywano, że „to zaraz się skończy”. Po aborcji kazano mi przejść do innego pokoju, gdzie pozwolono mi położyć się na pół godziny, po czym kazano wstać i pójść. Poszłam do szafki i ubrałam się. Miałam się zgłosić do lekarza rodzinnego za sześć tygodni. Zapytałam, czy mogę zadzwonić po kogoś. Odpowiedziano, że szpital nie ma telefonu na użytek pacjentek i że mogę zadzwonić z budki na zewnątrz.
Wszystko, co nastąpiło później, przypominało bardziej koszmar niż rzeczywistość. W nocy śniło mi się moje własne, zabite dziecko… Zaczęłam pić, doszłam do pięciu butelek alkoholu tygodniowo. Czasem nie jadłam przez kilka dni, a potem, zmusiwszy się do jedzenia, wymiotowałam wszystko, co wcześniej zjadłam. W końcu poszłam do lekarza i okazało się, że po aborcji wdała się infekcja dróg rodnych. Lekarz zaczął mnie leczyć, lecz nic nie skutkowało. Kiedy opowiedziałam mu o nocnych koszmarach i o moim rozstrojeniu nerwowym, zapisał środki uspokajające. Żadnej pomocy, żadnej rady – po prostu tabletki…
Brałam tabletki uspokajające na noc, żeby móc spać, i tabletki pobudzające na dzień, żeby się jakoś trzymać. Cztery razy świadomie przedawkowałam, próbując się zabić. Nie sądzę, żebym naprawdę chciała wtedy umrzeć, po prostu chodziło o to, żeby mną się ktoś zajął, wysłuchał, wsparł. Chciałam, żeby to cierpienie się wreszcie skończyło. Lekarz próbował leczyć poaborcyjną infekcję coraz to nowymi sposobami, ale bez skutku.
Kiedy spoglądam wstecz, myślę, że jeśli wtedy znalazłabym wokół siebie miłość, zrozumienie i wsparcie, a przede wszystkim rzetelną znajomość faktów związanych z aborcją, nigdy bym się na nią nie zdecydowała. Aborcja boli, boli już na zawsze. Sądzę, że stowarzyszenia kobiet, które poddały się aborcji, powinny być dużo głośniejsze. Mamy prawo ostrzegać przed tym bólem.
Carolyn

Pod koniec studiów, a były to lata 70., przeżyłam bardzo boleśnie rozstanie z moim chłopakiem, który był moją pierwszą miłością i z którym chodziłam prawie 5 lat. Pewnego dnia oświadczył mi, że się zakochał, że nic na to nie poradzi i musi odejść. Zostałam sama, a był to czas, kiedy wszystkie moje koleżanki wychodziły za mąż.
Po wyjściu z depresji zaczęłam „żyć na nowo”, ale czyniłam to bardzo naiwnie i nieroztropnie – akademickie imprezy zakrapiane alkoholem, nieodpowiednie towarzystwo… Bardzo chciałam, aby ktoś mnie znów pokochał.
Związałam się z człowiekiem, który o mnie nie dbał. Kiedy zaszłam w ciążę, powiedział, że nic go to nie obchodzi. Znalazłam się w sytuacji (w ówczesnym moim przekonaniu) bez wyjścia. Na rodziców nie mogłam liczyć, choć byli w separacji, żyli w jednym mieszkaniu. Stwarzało to, nawet bez dodatkowych czynników, ciężką atmosferę. Nie było wtedy jeszcze domów samotnych matek, w każdym razie ja o nich nie słyszałam. W latach 70. ub. wieku aborcja była na porządku dziennym. Uznawano ją za oznakę nowoczesności i postępu. Moje wyrzuty sumienia zagłuszyła ostatecznie panująca wtedy ustawa (z 1956 r.) o dopuszczalności aborcji. Skoro obowiązuje takie prawo, to widocznie moje postępowanie nie jest takie złe, jest prawe… Nie dostrzegałam wtedy tego, że prawo Boże stoi ponad wszelkim innym prawem i tyko ono obowiązuje chrześcijanina. Niemniej jednak ta właśnie obowiązująca ustawa o aborcji była tą przysłowiową kropką nad „i”, która wpłynęła na moją decyzję.
Z przerwaniem ciąży nie miałam żadnych trudności, lekarz nawet nie starał się mnie odwieść od tego zamiaru, od razu dał skierowanie do szpitala. Po zabiegu czułam się bardzo źle psychicznie i przed nikim nie mogłam się wypłakać. Przez 3 lata nie chodziłam do spowiedzi, ze strachu. Bałam się, że nie zostanę rozgrzeszona.
Choć minęły lata i znam już smak macierzyństwa, poczucie winy nie osłabło, wręcz się nasiliło. Kiedy patrzę na rozkoszne małe dzieciaczki, wyobrażam sobie, że nagle stają się martwe i robi mi się słabo. Myślę, że po dokonaniu aborcji poczucie winy nigdy nie opuszcza kobiety. Chociaż wierzę, że Bóg, który wszystkim skruszonym i pokornym przebacza, „grzech mój zawsze jest przede mną”.
Małgorzata

Uważałam, że kobieta ma prawo robić ze swoim ciałem co się jej podoba. Rozwiązłe życie, alkohol, imprezy i brak hamulców doprowadziły do tego, że zaszłam w ciążę z osobą, której praktycznie nie znałam. Nawet jemu o tym nie powiedziałam, byłam wtedy na studiach, miałam wizję zmarnowanego życia, przerwania studiów, oznajmienia porządnym rodzicom z katolickiej rodziny, że ich córka p*** się na lewo i prawo. Chciałam tego wszystkiego za wszelką cenę uniknąć. Jak poszłam pierwszy raz na USG lekarz powiedział …”To jest pierwsze zdjęcie pani dziecka”… Ja nie chciałam tego słyszeć… wypierałam to ze swojej świadomości, mówiłam- takie kilku centymetrowe to jeszcze nie dziecko,to tylko mała komórka. Poszłam do ginekologa spytać się czy może mi w tej sprawie pomóc. No i pomógł-zabił za moje pieniądze moje własne dziecko, na moje własne życzenie. Kilka lat później Pan Bóg w jednym momencie mi objawił, że zrobiłam coś bardzo złego, poczułam wielki ciężar tego grzechu, uświadomiłam sobie, że to coś najgorszego co zrobiłam w życiu. Poczułam wielką potrzebę pójścia do spowiedzi i pojednania się z Bogiem, jednak nie dostałam rozgrzeszenia. Poszłam do innego kościoła, który wskazał mi kapłan i chciałam wszystko opowiedzieć w konfesjonale raz jeszcze, ten ciężar bardzo mnie przygniatał. Jeszcze raz wyspowiadałam się , tym razem z bezsilności i poczucia najgorszej rzeczy którą zrobiłam w życiu, bardzo przy tym płakałam. Płakałam. Taki grzesznik przyszedł do Jezus, a co On na to? Odpowiada Miłością. Słyszałam wtedy w konfesjonale głos Jezusa….Kapłan sam z siebie nie może być taki dobry i miłosierny. Wierze, że to sam Jezus mówił wtedy do mnie, ja cały czas płakałam, wracając z kościoła też płakałam, nie mogłam pojąć jak wielkie jest miłosierdzie Boga. Teraz żyję inaczej. Chodzę do kościoła. Modlę się. Wiara jest dla mnie bardzo ważna. Nie ma jednak dnia żebym nie myślała o moim dziecku, które zabiłam ( jak płatny morderca wyręczył mnie w tym lekarz). Teraz wiem, że aborcja to wielkie zło, bo zabija dziecko, a potem matkę-duchowo i psychicznie przez nieustanne wyrzuty sumienia i świadomość, że to było moje własne dziecko, któremu biło serce, miało rączki i nóżki… Teraz miałoby ok 5 lat.

Takich świadectw, jak te przedstawione powyżej, znaleźć możecie w Internecie całe tysiące. Jest też wiele książek opisujących traumy matek – mnie bardzo dotknęła i poruszyła Karin Struck i jej książka „Widzę moje dziecko we śnie” – polecam przeczytać – zapewniam Was, że na pewno spojrzenie na życie nie będzie już takie same. Mogę ją też Wam pożyczyć – naprawdę warto!

fot. flickr.com/josemanuelerre

fot. flickr.com/josemanuelerre

Poszkodowani

Aborcja to jednak nie tylko destrukcyjne wydarzenie dla samej kobiety. Wyniki Cole­man i Nel­son, którzy prze­badali 63 stu­den­tów wykazało, że 51,6%, z nich doświad­czało po abor­cji depresji, żalu i smutku, a 36% mężczyzn wyraz­iło tęs­knotę za zabitym dzieck­iem (1) . Nato­mi­ast badanie ponad 100 mężczyzn, przeprowad­zone przez Lau­zon, Roger-Achim, Achim i Boyer wskazało, iż 17,6% mężczyzn uważa, że abor­cja miała negaty­wny wpływ na ich relacje z part­nerkami, a 21,3% mężczyzn, którzy byli obecni przy abor­cji uważa, że było to trau­maty­czne przeży­cie (2).

Poszkodowanymi są także tzw. ocaleńcy – dzieci, które urodz­iły się w rodz­i­nach i społeczeńst­wach, w których miała miejsce lub była rozważana abor­cja. Z badań opublikowanych w 1986 roku przeprowad­zone przez dok­tora Edwarda Sheri­dan w George­town Uni­ver­sity Hos­pi­tal wynika, że jeżeli dzieci wiedzi­ały o ciąży matki, oczeki­wały nar­o­dzin rodzeństwa. Kiedy ono się nie pojaw­iało, dzieci przeżywały poczu­cie frus­tracji, często winę przyp­isu­jąc sobie.

O syndromie postaborcyjnym traktują również dwa, moim zdaniem niekwestionowane autorytety, Matka Teresa z Kalkuty oraz dr Wanda Półtawska. Te niezwykle mądre i doświadczone życiem kobiety tak opisują aborcję:

Uważam, że aborcja w największy sposób niszczy pokój, ponieważ niszczy życie dziecka, ale także sumienie matki, która przez długie lata ma świadomość, że zamordowała własne dziecko (…). Jeśli zgodzimy się, iż matka może zabić własne dziecko, jak możemy mówić innym ludziom, aby nie zabijali jedni drugich.
Matka Teresa z Kalkuty

Na podstawie wieloletnich badań wiem, jestem pewna, że w każdym przypadku kobieta, która pozwoliła, aby zabito w jej łonie dziecko, cierpi latami. Dziecko umiera i oczywiście jest to człowiek. Każda z nich dobrze wie, nie tylko dlatego, że uczeni, laureaci Nagrody Nobla udowodnili odrębność ludzkiego genomu i cały świat nauki z rozwojem genetyki, embriologii, psychologii prenatalnej jednoznacznie stwierdza naukowo, że od chwili zapłodnienia to jest człowiek. Te kobiety nie wiedzą nie raz nic o genomie, ale dobrze wiedzą, że to jest dziecko, bo przecież „nie chcą dziecka”…
Dr Wanda Półtawska

Aborcja to zabicie człowieka. Morderstwo w czystej postaci. Piętno, jakie pozostaje w psychice, wstręt kobiety do swojego ciała, czy opóźnione w czasie wyrzuty sumienia, a przede wszystkim ludzkie życie, nie są warte takich działań. W kolejnym artykule (mam nadzieję, że objętościowo już krótszym) – przestawię największe kłamstwa, na jakich opiera się środowisko popierające aborcję – mity, które powtarza współczesny świat. Jak fałszuje się wyniki, by „podrasować” i przedstawić w korzystnym świetle zabójstwo? Ile matek umiera podczas takich działań? To wszystko – już niebawem.

Zadanie domowe

Na koniec pozostawiam Was z 1 dziś zadaniem domowym – proszę pomódlcie się za te wszystkie kobiety, które rozważają popełnić aborcję. Ufam, że siła naszej modlitwy sprawi, że zmienią zdanie i będą się cieszyć z tego cudu, jakim jest ludzkie życie. Niech Bóg postawi na ich drodze życzliwych ludzi, da nadzieję, bo z nim przecież można dokonać zgoła niemożliwego!


  1. http://katolik.d500.pl/index.php?option=com_kunena&func=view&catid=128&id=670&Itemid=121
  2. http://www.fronda.pl/blogi/modlitewnik/zabil-za-moje-pieniadze-moje-wlasne-dziecko-na-moje-wlasne-zyczenie-swiadectwo-kobiety-ktora-dokonala-aborcji,11529.html
  3. Przewodnik bioetyka dla młodych. bioetyka.krakow.pl
  4. Cole­man P. K., Nel­son E. S., The qual­ity of abor­tion deci­sions and col­lege stu­dents’ reports of post-abortion emo­tional seque­lae and abor­tion atti­tudes, w: „J Soc Clin Psy­chol” 1998; 17(4): 425–442.
  5. Lau­zon P, Roger-Achim D, Achim A, Boyer R., Emo­tional dis­tress among cou­ples involved in first-trimester induced abor­tions, w: „Can Fam Physi­cian”, 2000; (46): 2033–2040.