Każdy powołany jest przez Boga do świętości, ale czy w każdym tę przyszłą świętość możemy zauważyć?


Liturgia Słowa – 04.07.2015
XIV niedziela zwykła

Przejdź do czytań

Mk 6,1-6
„Wyszedł stamtąd i przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony». I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał”

Komentarz

Główny motyw, który przebija się przez całą liturgię słowa to powołanie i ufne trwanie w nim. Bóg powołuje proroka Ezechiela, którego ledwo co postawił na nogi, a już wysyła go do ludu buntowników. Św. Paweł, widząc swoją niedoskonałość, chciał odrzucić powołanie, lecz w myśl psalmisty znalazł w Bogu oparcie i zrozumiał, że tak naprawdę to, co słabe, umacnia – przez walkę ze swoimi wadami człowiek nabywa więcej sił. Pan Jezus przez trzydzieści lat życia w Nazarecie nie głosił wielkich mów, nie uzdrawiał. Był zwykłym cieślą. Stąd też zdziwienie jego znajomych, którzy, podczas opisanej w dzisiejszej Ewangelii sceny, dostrzegli w Nim proroka. Zastanawiali się, skąd to wszystko do Niego przyszło – ta moc i mądrość. Nie mogli tego zrozumieć, ponieważ znali Go od dziecka i nie potrafili zmienić swojego myślenia o Nim. Od trzydziestu kilku lat mieli już o Nim utartą opinię, nie zmienili swojego zdania, patrząc na Jego obecne czyny, dlatego też zwątpili.

Świadectwo

Czasem lubię spojrzeć na ludzi, których już znam, tak, jakbym ich nie znał, czysto obiektywnie – jak wyglądają, jakie mają cechy charakteru, jakie zalety itd. Pewnego razu uświadomiłem sobie, że wśród wielu KSM-owiczów, nawet tych, których nie lubię, jest wielu przyszłych świętych. Może nawet część z nich zostanie w przyszłości wyniesiona na ołtarze. To, że kogoś znam i wiem, jaki jest, nie znaczy, że rzeczywiście taki jest. Taką osobą mogą kierować zupełnie inne motywy niż mną, wynikające z wcześniejszych przeżyć, których nie muszę lub nie potrafię zrozumieć. Pojąłem, że do każdej osoby trzeba podchodzić otwarcie, bo podchodząc do kogoś według schematu, zamykamy tę osobę w swoich sztucznych ramach i nie możemy (w pozytywnym znaczeniu) nic z niej czerpać. Trzeba zaakceptować, zaufać każdej osobie, dopóki jednoznacznie nie czyni zła.