Masz plan na życie? Opowiedz go Bogu. Będzie miał niezły ubaw :)

Z perspektywy czasu komicznie brzmią słowa „nigdy nie pójdę do Zarządu”, jakie wypowiadałem jeszcze 4-5 lat temu.

Stało się inaczej. Nie dość, że wylądowałem w Zarządzie, to jeszcze zostałem jego Prezesem. Teraz wielkimi krokami zbliżają się kolejne wybory. Nie będę pisał o tym, kto nadaje się do Zarządu, ani o tym, jak wygląda jego praca od środka. O tym pisałem tutaj i tutaj. O tym piszą i mam nadzieje napiszą jeszcze członkowie obecnego Zarządu. Chciałbym podzielić się swoim świadectwem. Tym, jak to się stało, że trafiłem tu, gdzie jestem.

Niektórym może się to już wydawać nudne, ale w moim przypadku hasłem określającym Zarząd nie może być nic innego niż odpowiedzialność. Dlaczego? O tym trochę później.

Nie dam rady

Wiele osób spotkało się na pewno z moją „pewnością siebie”. Z tym, że „nie ma na świecie ludzi doskonałych, … oprócz mnie”. To na zewnątrz. Świadectwo mówi jednak o tym, co w środku. A tam? Wątpliwości. Zanim zgłosiłem się do Zarządu miałem milion powodów, by tego nie robić. Przecież musiałbym z czegoś zrezygnować, są inni w KSM-ie, ja to na pewno nie dam rady, nie nadaję się do Zarządu itd. Tak było przed wyborami uzupełniającymi. A przed Zjazdem, po którym zostałem Prezesem? Niewyobrażalnie więcej wątpliwości. Jak ktoś taki jak ja miałby zostać Prezesem? Czy mi się w ogóle chce podejmować takiego zadania? Co to będzie? Przecież to stanowisko najwyższe w diecezji i nie można zawieść. Milion. Dosłownie milion wątpliwości.

Michał NienartowiczA jednak!

A jednak stało się. Najpierw kandydowałem do Zarządu w wyborach uzupełniających, a rok później kandydowałem na Prezesa Zarządu. Dlaczego? Z poczucia odpowiedzialności za wspólnotę i Stowarzyszenie. Było pewnie kilka czynników, jednak ten był z nich wszystkich najważniejszy. W końcu, czy może istnieć KSM bez Zarządu? Czy jako instruktor, lider, członek z długoletnim stażem mogę nie odpowiedzieć: Gotów? No właśnie. Gotów! To słowo klucz. Przecież to, można powiedzieć, najważniejsze słowo dla KSM-owicza.

W mojej hierarchii wartości KSM znajduje się pewnie w czołowej piątce. Jest dla mnie bardzo ważny i zależy mi na jego rozwoju. Czuję zatem odpowiedzialność za to, by się rozwijał, by działał. To odpowiedzialność za wspólnotę względem tych, którzy byli już w KSM, zakładali go i pracowali na jego rozwój. To dzięki nim tak bardzo się rozwinąłem i mogłem doświadczyć KSM-u. To oni przekazali go również w moje ręce. Nie mogę ich zawieść! To odpowiedzialność również za tych, którzy dopiero będą w KSM. Odpowiedzialność za to, że będą mieli gdzie się rozwijać, że skorzystają z tego daru tak, jak ja skorzystałem. Nie mogę im zabrać tej szansy!

Odpowiedzialność ponosimy nie tylko za to, co zrobimy, ale też za to, czego nie zrobimy. Tak właśnie ja pojmuję odpowiedzialność za wspólnotę i właśnie ten argument przeważył nad strachem i brakiem pewności, że dam sobie radę.

Dałem radę

Po trzech latach w Zarządzie, w tym dwóch latach prezesury, mam sobie wiele do zarzucenia. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wiele spraw chciałbym zrobić inaczej. Gdzie indziej postawić priorytety, z czego innego zrezygnować. To myśli i wnioski, które przychodzą do człowieka dopiero po pewnym czasie. Patrząc wstecz zawsze można znaleźć lepsze rozwiązanie. Można żałować, że coś zrobiło się tak, a nie inaczej. Jedno jest pewne. Nie żałuję tego, że wszedłem do Zarządu. Na pewno bym tego nie zmienił.

Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata 2014Po trzech latach mogę powiedzieć, że dałem radę. Czasem byłem zmęczony, zdenerwowany, zdemotywowany, smutny, rozczarowany, przemęczony. Czasem byłem radosny, szczęśliwy, podekscytowany, dumny. Udało się udoskonalić część obszarów KSM-u w naszej diecezji. Udało się zrealizować kilka postawionych celów. Chciałbym zwrócić uwagę jednak na inną rzecz. W tym samym czasie, będąc Prezesem Zarządu, udało mi się ukończyć studia, napisać i obronić pracę magisterską, zaręczyć się i ożenić, przygotować domek, w którym zamieszkałem z Martyną, rozpocząć pracę, zmienić pracodawcę. Nie musiałem rzucić wszystkiego, by zająć się KSM. Co prawda wymagało to poświęcenia oglądania meczów Manchesteru i części filmów. Rzadziej mogłem wyjść na miasto. Nie zawsze mogłem być tam, gdzie byłoby fajnie. Wymagało to wiele cierpliwości Martyny. Wymagało to cierpliwości ze strony rodziny i przyjaciół. Wszyscy oni wiedzieli jednak, że KSM to cząstka mnie i nie można nas rozdzielić. Za to jestem im niezmiernie wdzięczny.

Udało się osiągnąć sukces na kilku frontach. Z czegoś trzeba było zrezygnować, żeby móc zrobić coś innego. Ale czy tak nie jest właśnie w życiu? Czy nie musimy dokonywać takiego wyboru każdego dnia? Najważniejsze, moim zdaniem, to umieć wskazać te rzeczy, które są najważniejsze i je realizować. Jak? Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia!

Na koniec

Nie ma co ukrywać. Praca w Zarządzie jest ogromnym wysiłkiem. Nieraz trzeba dostosować swoje plany do tego, czego akurat potrzebuje KSM. To wielkie brzemię, które może przygnieść każdego. Jeśli jednak gdzieś w środku czujesz powołanie, ale uważasz, że nie dasz rady – pamiętaj, że Bóg nigdy nie daje nam większego krzyża niż jesteśmy w stanie unieść.