Świeżo upieczony małżonek pracujący na etacie, osoby studiujące i pracujące jednocześnie, narzeczeni żyjący ze swoimi „drugimi połówkami” na odległość i kursujący co chwila z i do Poznania. O kim mowa? Pewnie o jakichś mocno zajętych osobach. Owszem. Mało tego, te osoby znajdowały przez ostatnie lata miejsce w swoich kalendarzach jeszcze na coś WIĘCEJ. Kto to taki? Jacyś ludzie ze stali? Stachanowcy? Ekipa Avengers? Nie, to ludzie z Zarządu Diecezjalnego.

Ostatni rok był zwieńczeniem (nie mylić z końcem) mojej KSM-owej drogi. Nigdy nie ukrywałem, że bliższa koszula ciału i serce bije mocniej przede wszystkim dla mojego Koła, w którym spędziłem najlepszy chyba jak do tej pory czas w życiu. Niemniej jednak służbę, której się podjąłem zawsze traktowałem poważnie. Tak samo poważnie trzeba ten rok podsumować. Marzena komplementowała w swoim artykule moje inżynierskie podejście do życia, zatem podsumowanie musi być równie rzeczowe.

jedrek1

Po pierwsze – po co właściwie się tego podjąłem? Chciałem dać z siebie jeszcze więcej dla KSM-u, chciałem przeżyć kolejną KSM-ową „przygodę”, chciałem też sobie samemu coś udowodnić. Czy to był dobry wybór? Czasem, gdy doba stawała się za krótka na pomieszczenie wszystkiego (studia, projekty, egzaminy, prezesura w Kole, Zarząd, życie rodzinne, znajomi, praca, magisterka, sen, wszystkie mniejsze i większe życiowe kryzysy, a przede wszystkim Narzeczona), bywały chwile zwątpienia, ale koniec końców spełniły się dwie zasady. Jedna z nich to „n+1”, która mówi o tym, że jeśli masz n obowiązków i dołożysz sobie dodatkowy, to Twoja samoorganizacja wzrasta i znajdujesz czas również na ten nowy. Druga natomiast – lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało.

Po drugie  co udało mi się osiągnąć? Pięć lat w KSM-ie nauczyło mnie (co prawda tylko odrobinę) skromności. Zatem pozostawiam to Waszej ocenie i osądowi mojego sumienia.

Po trzecie  czego nie udało się osiągnąć? Nie byłbym sobą, gdybym czegoś nie skrytykował. Jak powiedział kiedyś ponoć Napoleon:

Kiedy ludzie przestają narzekać, przestaję myśleć.

Ważne jednak, żeby krytyka była konstruktywna i skłaniała do refleksji. Zatem tę część mojego podsumowania przedstawię jako pewien „testament” ustępującego Zarządu dla jego spadkobierców. To kilka (konkretnych, inżynierskich, a jakże!) wskazówek od Wujka Dobrej Rady, nauczonego 5-letnim KSM-owym i rocznym Zarządowym doświadczeniem.

O czym musicie pamiętać:

  • Nie popadajcie w zasadę brytfanki (zainteresowanym nieznającym tej anegdoty z chęcią ją przytoczę). To, że poprzednie pokolenia robiły określone rzeczy w określony sposób nie znaczy, że to jest jedyne dobre rozwiązanie.
  • Tłumaczcie jak najwięcej ludziom. Konflikty, niezrozumienie, opór wobec działań Zarządu wśród „szeregowych” członków bierze się z tego, że nie rozumieją oni pewnych rzeczy, a tego przyczyną jest niedostatecznie dobre wyjaśnienie ich motywów. Obie strony muszą wierzyć w swoje dobre intencje, a reszta przyjdzie. Nie jest to pustosłów, wiem to po sobie.
  • Bądźcie jak najbliżej ludzi (wszystkich) „na dole”, ale też wymagajcie od nich. Ta porada najlepiej zawiera się chyba w obserwacji, że jesteśmy jednocześnie i wspólnotą i organizacją. Nie zapominajmy ani o jednym, ani o drugim, bo oba przymioty to integralna część KSM-u.
  • Niech nie braknie Wam czasu dla przypisanych Wam okręgów i oddziałów. Jednak żeby tak było, więcej zadań musi przejmować „drugi” i „trzeci” szereg KSM-owiczów. Doba nie jest z gumy. Zarzadowcy nie mają tyle czasu, aby zrobić wszystko, co chcieliby zrobić. Trzeba im w tym pomóc.
  • Pamiętajcie, aby ostrzyć piłę. Nie samym KSM-em żyje człowiek. Trzeba mieć, jak śpiewał Hans z Pięć Dwa (#alternatywadladiscopolo) swoje „wzgórza Syjonu”.
  • Rozmawiajcie ze sobą jak najwięcej, warto rozmawiać!

Przy okazji ostatniego punktu i jednego z wcześniejszych, należy się trochę podziękowań i wyrazów uznania dla moich kolegów i koleżanek „po fachu”.

W Zarządzie, przynajmniej na początku, byłem troszkę outsiderem. Wchodziłem tam do ekipy 6 osób, która była już na tej płaszczyźnie zżyta i „dotarta” ze sobą od roku. Poza tym koła to trochę inny świat niż oddziały. Wnosiłem więc tam inne doświadczenia, ale i przyzwyczajenia.

jedrek2

Dziękuję za to, że i ja się dotarłem. Dla mnie najważniejszym dowodem na to jest, że moje abstrakcyjne zazwyczaj poczucie humoru było (no może nie zawsze akceptowane) zostało w pełni zrozumiane, a to dla mnie jeden z najważniejszych wyznaczników „nadawania na tej samej fali”. Dziękuję też, że mogliśmy się wiele od siebie nauczyć, chociażby na przykładzie z kołami wymienionym powyżej. Ja zrozumiałem w pełni wszystko to, co jest dla kół i oddziałów jednakowe, ale mam też wrażenie, że udało przekonać mi się niektórych, że różnice, o których czasem mówimy, to nie są nasze fanaberie, ale stan faktyczny, który może stanowić zaletę, a nie problem.

Na sam koniec podziękowań jeszcze sporo lukru. Wasza, Drodzy Członkowie Zarządu, odpowiedzialność, zaangażowanie i POŚWIĘCENIE dla KSM-u są godne podziwu i nie tylko powinny, ale muszą być naśladowane, aby KSM w naszej diecezji nie tylko trwał/wegetował/dogorywał (niepotrzebne skreślić), ale rozwijał się.

Puentując już tę przydługawą wypowiedź, jak to często bywa, posłużę się jednym z moich ulubionych cytatów z książki Rafała Ziemkiewicza „Myśli nowoczesnego endeka”:

Gdybym miał formułować jakieś polityczne wezwania, upowszechniłbym jedno, następujące: „Oddaj Ojczyźnie cztery godziny w tygodniu.” Tylko tyle. Szczęśliwie nie musimy dziś oddawać za Polskę życia, wystarczą te cztery godziny. Tak jak w szczęśliwej Ameryce, gdzie człowieka, który nie angażuje się w działalność społeczną, po prostu się nie poważa. (…)

Święta prawda, jednak my, jako KSM-owicze, musimy wyrabiać średnią tych czterech godzin za resztę społeczeństwa. Nigdy zatem pracy dla Ojczyzny za wiele.

Jesteście na to „Gotów!” nowi ludzie ze stali?

PS. Należy Wam się jeszcze, Drodzy Czytelnicy, jedno wyjaśnienie. Zapytacie skąd tytuł? Miał Wam powiedzieć o dwóch rzeczach. Po pierwsze – warto wychodzić poza schematy. Drugi przekaz jest smutniejszy i mówi o tym, że tak właśnie manipulują nami media. Tytuł miał być chwytliwy i nie ma nic wspólnego z treścią, tzn. prawie nie ma. Gdy na ostatnim posiedzeniu Zarządu rozmawialiśmy nt. serii naszych artykułów stwierdziłem, że co chwila zmieniają mi się koncepcje na mój. Po chwili przyszedł mi (jak to zazwyczaj) do głowy pewien „suchar” i powiedziałem, że może w takim wypadku wymyślę jakąś antykoncepcję. Od słowa do słowa i jest. Oryginalny tytuł miał brzmieć „Ludzie ze stali” ;)