Wakacje dobiegły końca. Zaczęliśmy kolejny rok formacyjny, czas przystąpić do działania. Co niektórym obowiązków przybędzie, inni pewnie odetchną z ulgą, przynajmniej na rok.

No właśnie. Trochę ostatnio myślę i dumam nad tym naszym Stowarzyszeniem, odrobinę w kontekście jego przyszłości, co nieco w perspektywie podjętych już decyzji, krztynę poświęcam przyszłemu Zarządowi i Wam drodzy „zwykli”, ale przecież niepowtarzalni członkowie.

Ktoś mi tu zaraz powie, że zanudzam. Może i tak, ale spróbujcie proszę dotrwać do końca.

Moja przygoda z KSM-em powoli, ale nieubłaganie zbliża się do końca. Wiem, że niektórzy z was – młodsi ode mnie niemal o dekadę, nie wyobrażają sobie, że przygoda ze Stowarzyszeniem może się skończyć. Ale tak jest. I ta perspektywa – niemal dziesięcioletnia skłania mnie właśnie do przedstawienia Wam kilku wniosków.

W przyszłym roku, co najmniej siedmioro z Was, a mam nadzieję, że chętnych będzie więcej, będzie musiało podjąć trud kierowania KSM-em. Wiem, dla Was to szmat czasu. Przecież do maja zostało jeszcze 9 miesięcy. Nie dajcie się jednak zaskoczyć. Czas pędzi nieubłaganie. Pamiętam jak to było ze mną. Wydawało mi się, że przecież ja się do tego nie nadaję. No gdzie tam, w Zarządzie, mam być JA? Przecież nic nie wiem, trochę może lidersko i organizacyjnie ogarniam, ale to chyba nie dla mnie bajka. Taka odpowiedzialność, za Stowarzyszenie… A co, jeśli nam nie wyjdzie, jak coś zawalę, albo nie dopilnuję?

A potem ktoś powiedział mi pewną rzecz – że przecież Pan i Bóg: Jezus Chrystus, Duch Święty i Ojciec, we troje razem, każdego uzdalniają do tego, do czego go powołują. Więc jeśli to wtedy, prawie przed dwoma laty, Pan powołał mnie do pełnienia posługi w Zarządzie, to da mi tyle łask, zdolności i błogosławieństwa, ile będę potrzebować.

Teraz dwa zdania do tych z Was, którzy są zniechęceni, nie czują ducha wspólnoty i tak ogólnie nie bardzo wiedzą, co z tym KSM-em zrobić. A tak w zasadzie, to do każdego innego KSM-owicza też.

To jak wygląda organizacja – zależy od wielu czynników. Najważniejszym z nich są ludzie. To my – ja i Ty – odpowiadamy za to, jak wygląda KSM. Jeżeli ktoś mówi, że nie ma w nas ducha KSM-owego – niech się najpierw zastanowi, ile tego ducha jest w nim. Jeśli ktoś uważa, że nie angażujemy się tam, gdzie jest to konieczne, niech najpierw sam się tam zaangażuje i spróbuje pociągnąć do tego innych. Jak się komuś coś nie podoba, niech spróbuje to zmienić.

Dawno temu w jednej z książek wyczytałam kilka rzeczy, które bardzo mnie uderzyły. Między innymi to, że miłość jest decyzją. Jeden człowiek decyduje się na to, by do końca życia kochać tę drugą osobę. Jeśli miłość jest tylko uczuciem, a nie świadomą, dojrzałą decyzją, to budowana jest na piasku.

I tak samo rzecz ma się z KSM-em. Albo decyduję się, że w nim jestem, z wszystkimi tego konsekwencjami, albo szukam dalej mojego miejsca na ziemi. Bo decydować się na KSM, to decydować się na szaleństwo. To decydować się na odpowiedzialność, zaangażowanie, poświęcanie wolnego czasu, kiedy ma się naście lat. To podejmować wyzwanie, czy się do tego i owego nadaję, gdy człowiek wchodzi w wiek dorosłości i powierzają mu pewne zadania. To deklarować, że będę rozwijał swoje talenty, że będę oddawał Bogu na chwałę i ludziom na pożytek to, czym obdarował mnie Chrystus. To opowiadać się za tym, że chcę w przyszłości być świadomym swoich obowiązków chrześcijaninem i Polakiem.

To tak troszkę też w klimacie najbliższego przyrzeczenia. Byście wiedzieli, na co się decydujecie. Na koniec pewien cytat – fakt, przydługi i nawet chyba z niezbyt katolickiego źródła, bo z amerykańskiej książki o miłości, ale jednak niesie ze sobą pewną moc:

Może już czas, żebyś zaplanowała swoje życie. Wymyśliła naprawdę ambitny plan. Bez żadnych hamulców. Nawet gdybyś postanowiła zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. Twój plan prawdopodobnie się zmieni, kiedy będziesz starsza, ale to nawet lepiej, bo przygotowując się do osiągnięcia jednego celu, nauczysz się rzeczy, które pomogą ci dotrzeć do kolejnego (…)