Grzech nas zniewala – to fakt. Zniewalają nas również nałogi, słabości, strach… Czy zatem jesteśmy skazani na bycie niewolnikami? Oczywiście, że nie. Często jednak o tym zapominamy i wybieramy życie w niewoli. A przecież Bóg stoi obok nas z kluczem, który może otworzyć kajdany grzechu i tym samym dać nam wolność. Wystarczy się ogarnąć!

O owym ogarnianiu się dyskutowaliśmy podczas III Mieszkowskich Dni Młodych, które odbyły się w dniach 20-22 czerwca 2014 r. Hasłem przewodnim tego spotkania były słowa: Ogarnij się! Nie jesteś niewolnikiem. Miałam przyjemność uczestniczyć w nich po raz pierwszy i nie ukrywam, że był to dla mnie wspaniały czas, który pomógł mi uwolnić się od tego, co mnie zniewalało. Po powrocie do domu postanowiłam podzielić się z Wami moją historią wejścia na drzewo.

Dlaczego akurat drzewo?

Jednym z wielu punktów Mieszkowskich Dni Młodych była konferencja ks. Jakuba Staneckiego z Jarocina, podczas której przybliżył uczestnikom postać Zacheusza – przełożonego celników z Jerycha. Ten biblijny bohater nie miał łatwego życia. Pieniędzy mu w prawdzie nie brakowało, jednak wśród ludzi uchodził za człowieka nieczystego, był pogardzany, potępiany i spychany na margines. Dowiedziawszy się o tym, że Jezus przybędzie do Jerycha, zapragnął Go poznać. Być może była to zwyczajna ciekawość. Nawet jeśli, to odmieniła ona jego życie. Spotkanie Jezusa nie było jednak tak proste, jak mogłoby się wydawać. Dlaczego? Z dość błahego powodu. Zacheusz był bardzo niski, a tłum ludzi zasłaniał mu Zbawiciela. Mimo wszystko jego pragnienie było na tyle silne, że postanowił zrobić coś, co w oczach innych ludzi na pewno było dziwne – wszedł na sykomorę. Musiał mieć świadomość tego, iż skazuje się tym samym na ośmieszenie, gdyż człowiekowi zajmującemu tak wysokie stanowisko, nie wypada chodzić po drzewach. Jednak nie bał się opinii ludzi, nie zważał na nic, przełamał swój strach i zrobił to, co chciał. I na tym zakończyło się jego działanie. Reszty dokonał Jezus – zauważył go na drzewie i poprosił o gościnę w jego domu. Piękna historia z happy endem – prawda?

Każdy z nas jest jak Zacheusz

Skoro Biblia jest lustrem, w którym możemy dostrzec swoje odbicie. Jak mówił brat Tomek na Mieszkowskich Dniach Młodych – powinniśmy zauważyć w historii Zacheusza samych siebie. Do mnie osobiście bardzo przemówił ten fragment Pisma Świętego. Uświadomiłam sobie, że przez grzechy także staję się niskiego wzrostu i tym samym nie mogę dostrzec Jezusa. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest wdrapanie się na drzewo. Okazją do uczynienia tego było dla mnie nabożeństwo pokutne – jeden z najpiękniejszych i najważniejszych elementów Mieszkowskich Dni Młodych, zaraz po Mszy św. Liturgia Słowa, wystawienie Najświętszego Sakramentu, rachunek sumienia… Niesamowite i bardzo wzruszające przeżycie. Sięgając w przeszłość, przypominam sobie, że bardzo często miałam problemy z rachunkiem sumienia. Robiłam go trochę na odczepne, byle tylko znaleźć jakieś grzechy, wyspowiadać się z nich i mieć spokój, a przecież nie o to chodzi. Klęcząc przed Panem Jezusem w mieszkowskim kościele wreszcie stanęłam w prawdzie przed sobą, przed Bogiem i zrobiłam konkretny rachunek sumienia.

fot. flickr.com/joethorn

fot. flickr.com/joethorn

Uwolniony grzesznik

Potem przyszedł czas na sakrament pokuty. Stojąc w kolejce przed konfesjonałem, zauważyłam po drugiej stronie kościoła siedzącego na ławce księdza, który akurat w tamtym momencie nikogo nie spowiadał. I pojawił się pewien problem, a konkretnie strach. Przed czym? Przed spowiedzią „w cztery oczy”. Z tym również od zawsze miałam problem i jakoś nigdy nie potrafiłam się przełamać. Spowiadając się w konfesjonale, czułam się pewniej i bezpieczniej. Zadałam sobie wtedy w myślach pytanie: Po co tu przyjechałaś? i od razu na nie odpowiedziałam: Żeby się ogarnąć. No właśnie – ogarnąć się, zrzucić kajdany i zobaczyć Jezusa. Musiałam zatem wejść na drzewo, przełamać swój strach, uczynić pierwszy krok. I zrobiłam to! A Jezus mnie zobaczył. Zobaczył grzesznika, który ciągle upada, gubi właściwą drogę, traci duchowy wzrok, jednak mimo wszystko ma pragnienie spotkania się z Nim. I tak jak pragnienie Zacheusza, moje również zostało zrealizowane. Spotkałam swojego Pana, naprawdę Go spotkałam, a nawet z Nim rozmawiałam! Coś niesamowitego! Przeżyłam najpiękniejszą spowiedź w swoim życiu. Miałam wrażenie, że to nie ksiądz siedzi obok mnie, ale sam Jezus Chrystus. I to nie ksiądz do mnie mówił, nie ksiądz udzielał mi rozgrzeszenie, nie! To Jezus! Wreszcie to sobie uświadomiłam, wreszcie przejrzałam. Po zakończonej spowiedzi wróciłam do ławki i rozpłakałam się jak małe dziecko. Były to łzy szczęścia uwolnionego grzesznika, łzy więźnia, który właśnie wyszedł na wolność, ptaka, który został wypuszczony z klatki. Osiemnaście lat musiałam czekać na to, aż poczuję się naprawdę wolna i wreszcie się doczekałam. Warto było jechać do Mieszkowa i wziąć udział w Dniach Młodych. Warto było przełamać swój strach. Warto było wejść na drzewo! Naprawdę!

Teraz Ty wejdź na drzewo!

O tym, czego w Mieszkowie doświadczyłam, mogłabym jeszcze dużo pisać. Chciałabym zachęcić każdego z Was do wzięcia udziału w kolejnych Mieszkowskich Dniach Młodych, a także do brania przykładu z Zacheusza i wdrapywania się na swoje własne drzewa, do pokonywania słabości oraz do walki z grzechami. Pan zawsze jest gotowy przyjść do naszych serc, do naszego życia, wystarczy pokazać Mu, że nam zależy, że pragniemy Jego pomocy, Jego przyjścia. Tylko tyle, reszty dokona On sam.

Chwała Panu! :)