„W Rybojedzku jestem po raz czwarty” – tymi słowami rozpoczęłam swoje świadectwo na zeszłorocznym obozie. Nie byłam uczestnikiem, nie byłam zastępową, nie byłam organizatorem – po prostu nie byłam na obozie. A mimo to cztery razy w ciągu tygodnia odwiedziłam Rybojedzko. Dziwne.

Na obóz KSMowy po raz pierwszy pojechałam po maturze. Patrząc na dzisiejszy przedział wiekowy to byłabym pewnie dinozaurem. W każdym razie to był mój czas. Od tego momentu jeździłam co roku – czyli przez ostatnie 5 lat – do czasów Rybojedzka. Wtedy nie mogłam jechać.

Przez te kilka lat obozy wprowadzały mnie w życie KSM-u – w życie diecezji, we wspólnotę, w ducha i charyzmat. Poznałam niesamowitych ludzi, zawiązały się trwałe przyjaźnie, a ja sama wiele przeżyłam i sporo się nauczyłam. Dwa razy byłam uczestnikiem, trzy razy zastępową. Na każdy obóz czekałam z niecierpliwością. Żarty, żarciki, rozmowy, poważne dyskusje, formacja, świadectwa, kumulacja młodych świetnych ludzi. To jest to, z czym kojarzą mi się obozy KSMowe.

Rekolekcje wakacyjne KSMAle to nie wszystko. Rybojedzko to obóz formacyjny. Tam naprawdę można podreperować się duchowo. Duchowość i katolickość jest czymś tak oczywistym w Rybojedzku, Białej czy Podgajach, jak to, że ludzie oddychają powietrzem. To potężna siła, która sprawia, że ludzie mają odwagę się otworzyć, przełamują własne słabości, pracują nad sobą i zachwycają siebie na wzajem. Dla mnie kosmos.

Na każdym obozie był ktoś, kto doprowadzał mnie do białej gorączki, zawsze zdarzyło się coś, co wkurzało mnie na maksa. Byli ludzie, którzy mnie, delikatnie mówiąc, irytowali, zdarzały się sytuacje, które były moim zdaniem nieodpowiednie. Z biegiem lat było coraz mniej starszych, którzy pociągali przykładem (albo wcale nie i przez to sprawiali mi zawód), a coraz więcej młodszych, którym trzeba było pomóc, którym w dyskusjach czy na spotkaniach trzeba było tłumaczyć podstawowe sprawy. Żaden z tych czynników NIGDY nie zniechęcił mnie do obozów. Powiem więcej – zawsze budziły się we mnie pokłady motywacji do pracy nad sobą, motywacji, której wcale nie było tak wiele w domu czy w ciągu roku. Możliwość dzielenia się sobą i swoim doświadczeniem z młodymi zawsze postrzegałam jako świetną okazję, żeby przekazać im to, co sama dostałam od KSM-u, Boga i ludzi. A otrzymałam naprawdę dużo.

W tym roku wiele się w moim życiu dzieje, kończą się pewne etapy, zaczynają się nowe. Posługa w KSM-ie też przybiera inną formę. Ale wiem jedno – prawdopodobnie po raz ostatni, nie wiem na jak długo, ale stanę na uszach, żeby być w Rybojedzku. A Ty? Pojedziesz tam ze mną?