Po raz kolejny zwracam uwagę na fragment listu do Koryntian. Uważam, że jest on najlepszą definicją życia… Naszego życia! Bo tak, jak pisałam ostatnio, najpierw musimy zacząć od siebie – wziąć garściami, by móc dawać innym. Dziś artykuł może niecodzienny, bo naszpikowany pytaniami – odpowiedzieć na nie musicie sobie sami :)

Wiara

Dla chrześcijanina wiara = życie. Wierzymy w to, że Bóg ma wobec nas plan – dla każdego inny, przemyślany, najlepszy. Ufamy, że życie tu na ziemi ma głębszy sens. Wierzymy, że śmierć nie jest końcem, ale początkiem. Startem czegoś lepszego. Wierzymy, że to, jak żyjemy, ma wpływ nie tylko na nas, ale i na innych, którzy wraz z nami tworzą środowisko. Wierzymy… i co dalej?

Co robimy z tą naszą wiarą? Czy naprawdę nią ŻYJEMY? Bo skoro Jezus jest ŻYCIEM, skoro On się dla nas urodził i za nas umarł, poświęcając właśnie życie, skoro Pismo Święte w wielu fragmentach mówi nam, że Bóg Ojciec chce tylko i wyłącznie naszego dobra, że jest z nami podczas każdej chwili naszego życia – czy my ufamy, a ufając żyjemy pełnią chrześcijańskiego życia? Czy Jezusa i Ojca traktujemy jak Przyjaciela, czy też Groźnego Pana i Władcę? Czy żyjemy wartościami, które wyznajemy? Czy naszym codziennym postępowaniem pokazujemy innym, że życie wiarą jest naprawdę najważniejsze? Czy wiara jest dla nas jak oddech – niezbędna do życia?

Nadzieja

Gdy jej nie ma, życie traci swój sens. Jeśli nie mamy nadziei, w to, że będzie lepiej, że cały ten szalony i zabiegany świat ma jakiś (może nie do końca zrozumiały dla nas sens) – wewnętrznie umieramy. Brak nam życia, brak jakby tlenu.

Przypadek? Oczywiście, że nie! Bóg to wszystko przemyślał. Nie bez podstaw to właśnie Ona – nadzieja – wspominana i wyliczana jest w Liście do Koryntian. Nadzieja pozwala nam patrzeć na życie przez przysłowiowe „różowe okulary”. Pozwala, czasem nie rozumiejąc, wierzyć, że się uda, że tak właśnie miało być, że to część boskiego planu. Nadzieja = życie. Czy aby na pewno? Czy łatwo jest o nadzieję, gdy wszystko w naszym życiu się sypie? Czy jest ona dla nas sprawdzianem życia, z którego wystawiona będzie najważniejsza ocena?

Miłość

„Wiara, nadzieja, miłość – te trzy. Z nich zaś największa jest miłość”
(Kor 13,13)

No właśnie – największa! Najważniejsza! Wie to najlepiej ten, kto jest kochany. Miłość, jak mawia mój znajomy ksiądz, „wyzwala w każdym człowieku pokłady dobra”. I ma rację! Bo to właśnie usłyszane „kocham Cię” dodaje skrzydeł. Dla kochanej osoby jesteśmy w stanie przeorganizować własne życie, zmienić niemal wszystko. Wyzbywamy się egoizmu, myśląc już nie „ja”, a „my”.

Kochać i być kochanym. To marzenie i priorytet każdego człowieka. I dobrze! Ale czy pamiętamy jeszcze o trzech miłościach? Trzech, które moim zdaniem często schodzą na boczny plan i nie są zauważane, póki w życiu nie dzieje się naprawdę źle.

Bóg – On kocha nas, niezależnie jakimi byśmy nie byli. Nawet, gdy błądzimy, On zawsze w tle, za naszymi plecami, szepta: Kocham. Czekam.

Rodzice – wydaje się, że skoro nas wychowali i tyle czasu dawali nakazy, wymagali, zakazywali przyjemności – ich miłość jest mało ważna. Czy na pewno? Pomyślcie… Gdyby nie oni, ich decyzja, ich „tak dla życia”, nie byłoby nas! Gdyby nie ich nieprzespane noce, nerwy, czasem nawet „nie” dla naszego dobra – nie wyroślibyśmy „na ludzi”. Czy nie powinniśmy dziękować im częściej, niż tylko od święta? Przecież to „wysłannicy Boga na ziemi”!

My – miłość, o której zapominamy najczęściej. Miłość do samego siebie. Bo przecież tu i ówdzie za dużo kilogramów, pryszcz na nosie, nie takie wyniki w nauce, nie taka praca – generalnie ciągle coś nie tak. A czy pamiętamy o tym, że jesteśmy świątyniami Ducha Świętego? Czy w naszej głowie choć czasem zaświta myśl: jestem na „tak” – tak dla własnego życia. Tak dla siebie. Tak – kocham się właśnie takim, jakim jestem!

Gdy będziecie mieć chwilę, pomyślcie o tym… Czasem takie zatrzymanie się w zabieganym świecie pomaga! A może wtedy i dla Was życie = wiara, nadzieja, miłość!