W piątek, 18 listopada, wspominać będziemy bł. Karolinę Kózkównę. Swoje młode życie zakończyła 97 lat temu. Czy żyjąc prawie sto lat później, możemy odnaleźć w nim jakieś przesłanie dla siebie?

Nie wiem, co uznać za istotę życia Karoliny. Jej męczeńska śmierć w obronie czystości jest najbardziej wyraźnym świadectwem tego, kim była. Nie jest to jednak jedyny godny podziwu i uwagi element jej 16-letniego pobytu na ziemi. Patrząc całościowo na życie bł. Karoliny należy powiedzieć, że zdecydowanie może być dla nas wzorem wytrwałości.

Dotyczy to różnych aspektów jej życia. Począwszy od stosunków rodzinnych, następnie podejścia do nauki. Kiedy skończyła podstawową edukację, jej rodziny nie było już stać na pokrycie kosztów dalszej nauki. Więc sama dokształcała się po to, by innych uczyć. Dzieliła się wiedzą z młodszymi i rówieśnikami, przygotowywała ich do sakramentów. Nawet dorośli z okolicy przychodzili do domu Kózków posłuchać, jak Karolina opowiada o Bogu. Jej się po prostu „chciało”.

Była zaangażowana w życie społeczne, pomagała wujkowi prowadzić wiejska bibliotekę. Miała swój ogromny wkład w religijne życie rodzinnej wsi. Nazywano ją prawą ręką proboszcza Władysława Mendrali, który wówczas budował kościół w Zabawie. Odwiedzała chorych, do których miał przyjść ksiądz z Panem Jezusem – pomagała przygotować im ich domy i razem z nimi czekała na tą wizytę.

To wszystko miało swoje źródło w jej wnętrzu – właśnie w wierności przyjętym wartościom i wytrwałości w ich realizacji. Miała jasno sprecyzowane poglądy, których się trzymała i potrafiła bronić. Karolina co miesiąc spowiadała się, zawsze starała się być w stanie łaski uświęcającej, by móc w czasie Mszy przyjąć Jezusa. Była bez reszty oddana Bogu. Mimo tak wielu wyrzeczeń i trudów życia w wielodzietnej i ubogiej rodzinie, była osobą pogodną i naturalną. Była nieco inna od swoich rówieśników, nieraz surowa.

Myślę, że to zdecydowanie i upór, jakimi się odznaczała w ciągu życia, pomogły jej w najtrudniejszym momencie, – kiedy musiała wybierać między życiem a wiernością Bogu. Obyśmy nigdy nie musieli stanąć przed tak dramatycznym wyborem. Z drugiej strony – nasze życie tak naprawdę jest wypełnione podobnymi wyborami. My też niejednokrotnie musimy wybierać między byciem uznanym w oczach „świata” a byciem wiernym Bogu i temu, co nosimy w sercach. To oczywiście wiele kosztuje, trudno jest być pośmiewiskiem innych albo po prostu odrzuconym. Czasami toczymy walkę sami ze sobą w swoim wnętrzu.

Jednak warto ciągle na nowo stawiać krok do przodu. Wytrwałość – tego nam naprawdę potrzeba. Dobrze, że mamy się od kogo jej uczyć. Niech puentą artykułu będzie więc fragment piosenki zespołu „Pod gruszą”, tworzącego pieśni o bł. Karolinie:

Choć się świat dziś ze mnie śmieje,
nic mnie w życiu nie zachwieje,
tylko w Panu mam nadzieję,
nic mnie w życiu nie zachwieje.