Chciałbym napisać kilka słów w związku ze składaniem przyrzeczenia. Myśląc o tak ważnym dla mnie wydarzeniu nasuwa mi się kilka refleksji.

Pierwsza myśl kołacząca się w głowie to: ”Co ja tu robię? Jak ja się znalazłem w tym miejscu?”. Ktoś może powiedzieć: „Jak to? Przyrzeka, a nie jest do tego przekonany!”. Nic błędnego! Jestem przekonany w 100 procentach! Jednak półtora roku temu jakby ktoś powiedział, że będę członkiem KSM pomyślałbym „puknij się w czoło” i odszedł z irytacją wypisaną na twarzy. Jeszcze nie tak dawno księża byli dla mnie obcy jak kosmici. Młodzież zrzeszona w jakichkolwiek katolickich grupach była dla mnie jak „młode moherowe berety”, które jak mantra powtarzają regułki modlitw tracąc tym samym swój czas. Jeszcze półtora roku temu myśląc o swojej ostatniej spowiedzi musiałem sięgać pamięcią do Pierwszej Komunii Świętej, czyli jakieś 14 lat wstecz. Próbowałem tłumaczyć sobie, że nie potrzebuje spowiedzi, bo jestem dobrym człowiekiem. Jednocześnie czytałem artykuły i książki szukając argumentów podważających nieomylność Kościoła Katolickiego i sens spowiedzi. Im bardziej brnąłem w tym kierunku, tym  mocniej odzywało się moje sumienie pytając: ”Szukasz prawdy, czy usprawiedliwienia dla siebie?”.

Pewnego dnia nastąpił moment przełomowy, gdy natknąłem się na wypowiedź internauty, który napisał na forum: „JEZUS KOCHA CIE TAKIM, JAKI JESTEŚ!”

Dla niektórych może to stek bzdur, te kilka słów poruszyło mnie do głębi. Po ich przeczytaniu stało się coś niesamowitego. Wpadłem w stan nieziemskiej euforii. Poczułem ogromne ciepło i energię, która rozpierała mnie od wewnątrz i rozchodziła się poza moje ciało. Poziom szczęścia był potęgowany przez to, że czułem się kochany i akceptowany. Obok mnie pojawiła się czyjaś obecność mimo, że nikogo nie widziałem. Najkrócej mówiąc doznałem ekstazy wywołanej Bożą obecnością, której nie da się opisać słowami. Czułem oddech Boga na plecach. Zrozumiałem, że On zawsze był, jest i będzie przy mnie. W ciągu kilku sekund doznałem łaski głębokiej wiary i odwagi, aby po 14 latach iść do spowiedzi. Zacząłem widzieć czego nie widziałem i słyszeć czego nie słyszałem. Od tamtego momentu panuje we mnie pokój i radość. Cieszę się z każdej sekundy swojego życia. We wszystkim co mnie otacza widzę zamysł Boga. Leżąc na łące widzę Bożą rękę w każdym źdźble trawy, bawiąc się ze swoim psem widzę talent konstruktorski Boga, a w każdym człowieku widzę geniusz Stwórcy. Wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi, ale najszczęśliwsi są ci, którzy są tego świadomi. Życie staje się wtedy piękne i pełne wartości.

Podsumowując, w ciągu 3 dni od tamtego niezwykłego wydarzenia w moim życiu znalazłem stałego spowiednika i regularnie korzystam z sakramentu pojednania. W ciągu tygodnia kupiłem Pismo Święte i zgłębiam jego treści. Regularnie uczestniczę w niedziele i święta we Mszy Świętej. Pół roku później zapukałem do drzwi KSM stając się tym samym „młodym moherowym beretem”. A dziś stoję w Archikatedrze Poznańskiej i składam przyrzeczenie: „Służyć Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie!”.

W głowie kłębi się myśl: Ironia losu, czy niezwykła działalność Boga?. Oczywiście to pytanie retoryczne, bo odpowiedź jest jednoznaczna.